O uczuciach, muzycznych poszukiwaniach, pasji, życiu, i nowej płycie… Kasia Kadłubowska to niezwykła artystka, ukryta w skromnej lecz pięknej, wrażliwej osobie, dla której muzyka wydaje się być całym światem!

Zapraszamy was do szczerej, ciekawej, a momentami nawet fascynującej rozmowy…

uptone.pl: Cześć Kasiu. Nareszcie udało nam się porozmawiać, z czego bardzo się cieszę.  Zanim zaczniemy naszą, mam nadzieję, długą rozmowę, ustalmy jedną rzecz, która mnie nurtuje. Czy ty jesteś perkusistką? Przypuszczam, że dla sporej grupy osób pierwsze skojarzenie to potężny zestaw, za którym zasiadasz, a tak chyba nie jest…

Kasia: Oczywiście pytanie jest jak najbardziej uzasadnione! Wiele osób automatycznie myśli o zestawie jazzowym i bębnach słysząc słowo perkusja. Dlatego chyba kluczem tutaj jest dodanie słów “perkusja klasyczna”. Co w ogólnym znaczeniu odnosi się do instrumentów orkiestrowych.

Ale w moim przypadku nie jest to niestety aż takie proste. Trudno będzie odpowiedzieć krótko na to pytanie…
Mam wykształcenie klasyczne, wielką miłość do awangardy i słabość do minimalistów m.in: Steve Reich, Philip Glass i La Monte Younga. Mogę grać solowe utwory Bacha, być członkiem w orkiestrze do opery Moteverdiego lub rozszyfrować Wojtka Blecharza, Xenakisa albo zrozumieć Johna Cage’a. To znaczy, że muszę mieć opanowany warsztat bardzo różnorodnego i obszernego instrumentarium natury perkusyjnej. Jest to wielka rodzina instrumentów od klasycznych orkiestrowych kotłów, po afrykańskie grzechotki i bohatera wszystkich kawałów o perkusistach: niedocenionego trójkąta (śmiech)

Instrumentarium u perkusisty jest jak wszechświat – wiecznie się rozszerza.

Nie siedzę za zestawem, a jeśli siedzę to tylko w bardzo prywatnej odsłonie. Niewielu ludzi miało przyjemność podziwiać taki obrazek. To raczej siostrzane hobby, inspiracja, zachwyt rytmem oraz jego szorstką i archaiczną naturą oraz pokrewność języka muzycznego, którym się posługuję grając na innych instrumentach.

Ta inspiracja pozwoliła mi znaleźć moje własne medium ekspresji natury czysto rytmicznej – od kilku lat zajmuję się bębnami obręczowymi – Bendirem oraz orientalną darabuką mającą swoje korzenie w muzyce, ogólnie rzecz ujmując, orientalnej. I w tym kontekście z kolei można by powiedzieć, że jestem perkusjonistką.

Ale jeśli miałabym powiedzieć ci czym się głównie zajmuję, co jest przedłużeniem moich myśli, uczuć i ciała to jest to wibrafon i marimba. Melodyczne instrumenty perkusyjne, mające swoje korzenie w klasyce, muzyce jazzowej, afrykańskiej, meksykańskiej i japońskiej.

Jestem tak na dobrą sprawę “sztabkowcem” (nazwa pochodzi od sztabek – czyli odnośnika „klawiatury“ na wibrafonie i marimbie) jeśli można tak to w ogóle nazwać…

uptone.pl: Przedstawiłaś mi właśnie bardzo ciekawy wykład z zakresu teorii instrumentów perkusyjnych, za który serdecznie Ci dziękuję 🙂 Skoro ustaliliśmy już tę zawiłą ale jednak ciekawą kwestię to powiedz skąd zainteresowanie bądź fascynacja tymi instrumentami?

Kasia: Moi rodzice wspominają to jako “TĘ iskrę”, która rozbłysła w moich oczach na koncercie klasy perkusji w szkole muzycznej. Ja wspominam to jako zbawienną ucieczkę od fortepianu, który był moją udręką w pierwszym stopniu szkoły muzycznej…

A tak całkiem serio…
Instrument jest kontynuacją/przedłużeniem ciała. Musi współgrać z twoją osobowością i harmonizować z językiem ekspresji, który jest tobie przypisany.

Ten język to tak jakby most łączący widzialne i niewidzialne. To co jest w środku: świat uczuć, refleksji, transcendencji, świadomości i podświadomości z tym co na zewnątrz – światem zmysłowym, cielesnym, materialnym, werbalnym, namacalnym.

I tak jak wspomniałeś. To jest po prostu fascynacja, magia, chemia.
Nie za bardzo potrafię ci to wytłumaczyć.
To metafizyczny wybór.

uptone.pl: Klawiszowiec zabiera ze sobą piano, jeśli gabaryty mu na to pozwalają, gitarzysta – gitarę, a ty co nosisz pod pachą? 🙂

Kasia: Ja noszę pod pachą kluczyki do Vana i robocze rękawice 😀 Specyfika tego instrumentu to właśnie duże gabaryty. Więc koncert to przede wszystkim składanie, pakowanie, rozładowywanie, rozkładanie – chwila przyjemności na scenie – i znowu składanie, pakowanie, rozładowywanie, rozkładanie.

Inspiracja bębnem obręczowym była rzeczywiście w dużej mierze poparta motywacją połączenia niezależności oraz zabrania ze sobą instrumentu gdziekolwiek jestem. Bęben jest lekki i akurat daje się upchnąć do luku w samolocie jako bagaż podręczny.

uptone.pl: Twój ostatni koncert w Gdańsku w lipcu tego roku. Jak przywitało cię twoje rodzinne miasto? Często do niego wracasz? Sentyment, rodzina, a może publiczność?

Kasia: Jestem tu stale, to wciąż mój dom. Jeden z dwóch. Kiedy wyjechałam, było dla mnie szalenie ważne, żeby utrzymać więź z tym miastem i z tutejszym środowiskiem. To dla mnie szczególne miejsce więc to pielęgnuję. Wychowałam się tutaj jako muzyk. Jako nastolatka chodziłam na koncerty m.in. Dominika Bukowskiego, Irka Wojtczaka, Leszka Możdżera, Ola Walickiego, Pink Freudów, Przemka Dyakowskiego i wielu, wielu innych. To miasto to część mojej tożsamości.

Ostatnie koncerty były wyjątkowe pod wieloma względami. Były to występy z moim duetem z izraelską bębniarką i wokalistką Ayelet Ori Benitą w dzikiej fuzji z Mikołajem Trzaską na saksofonie, Adamem Żuchowskim na basie oraz Ido Bukelmanem na gitarze i na banjo. Była to kooperacja zainicjowana przez Andree Ochodlo, który w swojej szalonej wizji zaaranżował nasze spotkanie, której efektem były piękne koncerty z muzyką łączącą różne tradycje żydowskie w interpretacjach tego barwnego składu. Koncerty odbyły się w Teatrze im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie, magicznym miejscu z cudowną publicznością.

Dla mnie osobiście było to niezwykłe spotkanie z muzykami, którzy posiadają ogromne doświadczenie, wolność i prezencje na scenie. Tydzień pracy w tym składzie był jednym z najważniejszych doświadczeń muzycznych w tym roku.

uptone.pl: Jeszcze jedno oczywiste pytanie i będziemy mieli to za sobą… Powiedz jak wyglądała twoja edukacja muzyczna? Klasycznie? Szkoła jedna, druga, potem studia? Stypendia zagraniczna itp…

Kasia: Wszystko po kolei tak jak wymieniłeś. Pierwszy, drugi stopień Szkoły Muzycznej na Gnilnej w Gdańsku. Na początku na fortepianie, jak już wspomniałam bez większych sukcesów i bez szczególnego zamiłowania do tego instrumentu. Później, na całe szczęście trafiłam na klasę perkusji Piotra Sutta, który jest szalonym pedagogiem i który przede wszystkim zaraził mnie pasją do muzyki. Od tego momentu wszystko zaczęło się składać w logiczną całość i mój tata zawoził mnie na Gnilną o ósmej rano i odbierał o dziewiątej wieczorem.

Po lekcjach znikałam w klasie perkusji albo na próbach, ćwicząc “ubezwłasnowolniona pasją” do marimby.

Piotr bardzo mocno wspierał mnie jako solistkę oraz wkładał dużo energii żebym się nie minęła ze swoim przeznaczeniem z powodu złamanego serca 😉

Również on bardzo mocno sugerował mi wyjazd zagraniczny na studia. W samym Stuttgarcie natomiast znalazłam się przypadkiem. Zbyt późno wysłałam dokumenty do uczelni w Detmold i jakimś cudem dowiedziałam się, że jest polska profesorka – Marta Klimasara na innej niemieckiej uczelni. Pojechałam i jakoś poszło. Później dostałam stypendium Fahrenheita (stypendium prezydenta miasta Gdańsk na studia zagraniczne) i to przypieczętowało decyzję wyjazdu.

Więc owszem, moja droga była klasyczna choć niewiele brakowało, a zdawałabym na Jazz w Katowicach do Bernarda Maseliego, który swoją drogą – pewnie zupełnie nieświadomie – w dużej mierze przyczynił się do tego, że zdecydowałam się ostatecznie na klasykę.

W tzw. międzyczasie Erasmus w Lyonie, i drugi magister w Gdańsku. W sumie dwanaście lat szkoły muzycznej i siedem studiów. Równie dobrze mogłam wybrać medycynę albo prawo. 🙂

Gdyby ktoś mi powiedział w szkole, albo może nawet na studiach, gdzie mnie to wszystko zaprowadzi, jakich muzyków spotkam i jaką muzyką będę się zajmować, pewnie bym nie była w stanie tego zrozumieć. Ani na centymetr nie mogłabym sobie tego wtedy wyobrazić. I mimo wszystko wiem, że taka była moja droga do tego miejsca. Każdy etap był ważny i każdy z moich profesorów oraz nauczycieli bardzo silnie mnie ukształtował.

uptone.pl: Faktycznie jesteś “ubezwłasnowolniona muzycznie” i pochłonięta nią w całości. Jednak z drugiej strony, w kontekście miejsca, zdajesz się być osobą wolną.  Należysz do osób, które ciekawi świat, dużo podróżujesz… Są to wyprawy muzyczne czy turystyczne, a może łączyć przyjemne z pożytecznym?

Kasia: Rzeczywiście, mieszkałam już w czterech różnych krajach i ciekawość innych miejsc jest u mnie nie do ujarzmienia. Inspiracją i punktem zapalnym do podróży jest zawsze muzyka. Poza tym nie znoszę być turystą.

Wolę się przespać na niewygodnej kanapie u miejscowych, zamiast spacerować po anonimowych hotelowych korytarzach. Żyć w dzielnicach albo miastach, których nazw nie znajdziesz w przewodnikach i najlepiej znaleźć kawiarnię, w której tubylcy ukrywają się przed turystami.

To wszystko działa też w drugą stronę. Przywożę mnóstwo przyjaciół i muzyków do Gdańska. Ten rok był wyjątkowo intensywny pod tym kątem bo mój dom rodzinny odwiedziły instrumentalistki i wokalistki z Turcji, Izraela, Włoch, Gruzji i Niemiec.

Moje całe życie jest w trasie i między jednym miastem a innym. Jest wiele miejsc, w których czuję się u siebie i co za tym idzie wiele miejsc, do których tęsknie. Po dwunastu latach chyba wreszcie zaakceptowałam mój paszport gościa. Ale to cały temat niemalże na kolejny wywiad.

Kolejne miejsca, do których planuję się wybrać – oczywiście w kontekście muzycznym – to północne Indie, konkretnie Varanasi, a także Nowy Jork. Najchętniej spędziłabym w każdym z tych miejsc minimum trzy miesiące ale zobaczymy czy uda się ten czas wygospodarować…

uptone.pl: Życzę ci spełnienia każdej muzycznej podróży, czasem jednak trzeba się zatrzymać na dłużej w jednym miejscu, np. po to, żeby nagrać płytę… Takie plotki chodzą po świecie 😉 Zdradzisz nam trochę szczegółów, inspiracji i motywów, które były elementem zapalnym całego “zajścia”?

Kasia: Jestem z wykształcenia muzykiem klasycznym czyli innymi słowy instrumentalistką, odtwórczynią. Ta rola nie do końca mi wystarcza.

Na płycie znajduje się sześć kompozycji mojego autorstwa.
Po pierwsze są one efektem mojego poszukiwania muzycznej tożsamości. Naturalną formą ekspresji i efektem nagromadzonych inspiracji artystycznych i osobistych doświadczeń.

Często współpracuję z muzykami jazzowymi i w związku z tym frapuje mnie – jako muzyka z wykształceniem klasycznym – fenomen tworzenia muzyki tu i teraz – improwizacji. Od lat używam na scenie Loop Station marki BOSS, czego efektem jest tytułowa kompozycja pt. White Lions.

Loop Station to urządzenie, które zapętla frazy, motywy muzyczne tworząc tło np. do improwizacji lub solowej eksploracji danego motywu. Ta technika ma mantryczny i minimalistyczny charakter co jest dla mnie kontynuacją eksploracji minimalizmu z mojej pierwszej płyty poświęconej czołowym kompozytorom z nurtu minimal music, którą nagrałam wspólnie z Dominikiem Bukowskim (Transient, DUX 2015).

Po drugie, te kompozycje to moje studium wibrafonu jako solowego instrumentu. To instrument, który jest znany głównie w kontekście jazzowym, a w klasyce jest moim zdaniem wciąż w cieniu siostrzanego instrumentu – marimby.

W procesie kreacji często bardzo intuitywnie używam głosu. W niektórych utworach postanowiłam więc dodać ten element oraz nagrałam dwie kompozycje na kwintet wokalny. Jedynie w tych utworach towarzyszą mi wokalistki: Marie LUISE Lutz, Natia Dikhtyar i JohaNNa Zehendner.

Na płycie znajdują się poza autorskimi kompozycjami dwie aranżacje z literatury klasycznej. Pierwsza to bardzo osobista interpretacja jednej części IV suity wiolonczelowej J.S.Bacha zaaranżowanej na głos oraz wibrafon grany smyczkami.

Druga to aranż słynnego i bardzo ciekawego muzycznie utworu pt. “Dido’s Lament” Henry’ego Purcella z opery Dydona i Eneasz.

Płyta będzie też opatrzona kilkoma tekstami mojego autorstwa, a na okładce znajdzie się praca wspaniałego Izraelskiego artysty (Alon Gil), u którego spędziłam prawie dwa miesiące pracując nad tymi kompozycjami.

Więc jak widzisz jest to bardzo osobista płyta i bardzo zależało mi na tym, żeby każdy szczegół i każda osoba, która stała się częścią tego albumu była starannie dobrana.

uptone.pl: Stworzenie melodyjnej i wciągającej muzyki, a tym bardziej całej opowieści jest chyba dość trudne? Zwłaszcza na tego typu instrumentach? Jeśli jestem w błędzie popraw mnie…

Kasia: W twoim pytaniu znajduję się bardzo ważne słowo – klucz : opowieść. A ta sztuka jest bardzo wymagająca. Jako muzyk, bardzo poważnie traktuję to zadanie. Staram się przekazać przeróżne opowieści ale w języku muzyki. Czyli opowieści w innym sensie. Nie tylko historie o klarownej fabule lecz historie wnętrza, historie nadzmysłowe, podróże wgłąb siebie i zakamarki natury duchowej, psychologicznej i metafizycznej. Bo dla mnie muzyka to język właśnie tych dziedzin.

Bębny w swojej naturze to jedne z najstarszych archetypowych instrumentów więc myśle, że porównując archaiczność tematów, o których wspomniałam, to jest to chyba nawet dużo łatwiejsze niż na bardziej współczesnych instrumentach.

Melodia to podstawa wszystkiego. Nawet rytmu. W każdym dobrym utworze, nawet najbardziej skomplikowanym, punktem wyjścia i fundamentem jest zazwyczaj ciekawa i prosta, zapadająca w serce melodia.

uptone.pl: Wiemy już, że uwielbiasz poszukiwać i eksperymentować. Czy wspomniany wcześniej looper to “sporadyczny wybryk”, czy może eksperymentujesz także z instrumentami elektronicznymi? Dużo muzyków wywodzących się z klasycznej edukacji muzycznej wzbrania się od elektroniki. Czy u ciebie jest podobnie? Uważasz, że one nie mają duszy? Weźmy np. nowy i w moim przekonaniu, ciekawy kontroler malletStation od Pearl Drums. Teoretycznie to chyba trochę twój świat, ale czy wersja elektroniczna wchodzi w grę?

Kasia: Od wielu lat pracuję z technologią w kontekście muzyki współczesnej i mediami takimi jak Live Electronic, Live Mapping, które używają różnego rodzaju programów i kontrolerów do np. przetwarzania i stymulowania dźwięku w czasie rzeczywistym, programowania przestrzeni itp. Więc technologia na scenie nie jest mi w ogóle obca.

W mojej solowej pracy od dawna na scenie towarzyszy mi Loop Station Bossa, a od kilku miesięcy uzupełniłam mój zestaw o sampler Roland SPD SX i Abletona.

Rzeczywiście aktualnie eksperymentuję z malletStation, który jest bardzo ciekawym efektem współpracy dwóch gigantów: Pearla i Keitha McMillena. Aktualnie pracuję nad ewentualnym wpleceniem go do mojego zestawu.

Faktem jest, że specyfika instrumentów akustycznych i elektronicznych jest inna. To tak jak porównanie lustrzanki i aparatu cyfrowego. Dla ludzi, którzy się tym zajmują profesjonalnie, są firmy (jak na przykład w/w Pearl plus KeithMcMillen), które dokładają największych starań aby jak w najkorzystniejszy sposób wykorzystać potencjał tradycji i innowacji, analogową duszę i cyfrowe możliwości.

uptone.pl: To było bardzo dyplomatyczne podsumowanie 🙂 Jednak rozumiem i zgadzam się z tobą w 100%. To tak jak pianina bądź fortepiany hybrydowe, których już nie znosisz 😉 Połączenie akustycznej duszy i elektronicznych możliwości jak np. w nowym Kawai K-300 Aures. Ale wracają do Ciebie…

Endorsement, coraz popularniejszy wśród profesjonalnych muzyków. W twoim przypadku posiadanie wszystkich instrumentów, na których mogłabyś grać jest chyba praktycznie nie możliwe. Czy są ludzie bądź instytucje, które wspierają cię sprzętowo podczas prób i koncertów?

Kasia: Niestety nie miałam jeszcze czasu, żeby zająć się endorsmentem, choć często o tym myślę i na pewno ułatwiłoby to wiele kwestii logistycznych i było bardzo stymulującym kreatywność bodźcem.

uptone.pl: Żyjesz i poniekąd “oddychasz” dzięki muzyce. Jednak z własnego doświadczenia wiem, że czasem trzeba się zatrzymać i najzwyczajniej odpocząć. Kasiu… Czy ty odpoczywasz czasami? 🙂

Kasia: W tej chwili mam za sobą potężny okres wspaniałej inspirującej pracy na scenie i w trasie. Nagrałam w tym roku 4 płyty z czego jedną solową, napisałam wspólnie z Güldeste Mamaç (Mahlukat) muzykę do teatru tańca oraz koncertowałam bardzo dużo w Polsce i w Niemczech. W tej chwili biorę chwilę oddechu żeby dokończyć pracę nad moją płytą, dopilnować jej wydania, promocji oraz mam chwilę żeby po prostu zamknąć się w swoim studiu i poeksperymentwać z nowymi instrumentami i nowymi pomysłami oraz zdefiniować kolejne plany. Jest ich wiele.

Jeśli to rozumiesz przed odpoczynek to tak… Zamierzam odpocząć 🙂

Poza tym aktualnie pracuję nad nowym materiałem z Güldeste Mamaç i naszym zespołem Mahlukat. Pod koniec listopada wchodzimy do studia z pierwszym utworem oraz planujemy małą trasę w Polsce i Izraelu promującą naszą ostatnią płytę pt. Zula, wydaną w czerwcu 2018.

uptone.pl: Czyli jest szansa na ponowną wizytę w rodzinnym Gdańsku?

Kasia: W listopadzie będzie można mnie usłyszeć w Kościele Św. Jana. Podczas premier dwóch płyt: Kantata Jazzowa oraz Minimal Blood, usłyszycie mnie właśnie w tej drugiej. Jej pomysłodawcą jest Maja Miro, niezwykła osobowość na trójmiejskiej scenie muzycznej, wspólnie z którą na początku września nagrałyśmy płytę wraz z duetem Grochocki_Odorowicz, której tematem są “polskie pieśni dziadowskie” obleczone w mistyczny minimalizm.

Jednak przede wszystkim, pochłonięta jestem planowaniem koncertów z naszą nową płytą zespołu Mahlukat oraz przygotowaniem promocji mojej solowej płyty. Na terminy koncertowe trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.

uptone.pl: Zatem czekamy z niecierpliwością! Bardzo Ci dziękuję Kasiu za tą wciągającą rozmowę.

Kasiu przepraszam… Ostatnia rzecz, która podobnie jak pierwsza w tym wywiadzie, też dość mocno mnie zastanawia. Kasia Kalaschnikov! Tak widzimy Cię na facebooku. Czy to pseudonim artystyczny?

Kasia: (śmiech) Kolega zrobił sobie kiedyś żart w Niemczech i wpisał mnie tak na listę gości do klubu Jazzowego. Jak widać, tak zostało… Ale zdarzyło mi się wykorzystać ten pseudonim w kilku performencach 🙂

uptone.pl: Wszystko jasne! Dzięki! 🙂

Kasia: Ja również dziękuję!

Więcej informacji znajdziecie także na stronie artystki:
https://kasiakadlubowska.com

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here