Wokalisto, bądź czujny! Warto zapamiętać tę historię!

0

Miesiące przygotowań, długie, często męczące próby i wreszcie wyczekiwany spektakl, do którego się przygotowałeś! Jesteś przekonany, że nic nie powinno przeszkodzić w twoim wymarzonym debiucie na scenie. Niestety nieuwaga i lekkomyślność realizatorów dźwięku niszczy wszystko nad czym pracowałeś! Ta historia jest prawdziwa i warto ją zapamiętać.

Zdarzenie miało miejsce nie tak dawno temu, a nasz dobry znajomy postanowił się nim z nami podzielić. Nie będziemy tutaj wskazywać, która to firma nagłośnieniowa zniszczyła jego występ, bo ciężko ją bezpośrednio obwiniać, a bardziej ludzi, którzy zostali przez nią wynajęci do obsługi sztuki. Oczywiście to firmy nie rozgrzesza, bo to ona wynajęła tych ludzi do realizacji i też ponosi za tę sytuację odpowiedzialność.

Zacznijmy od początku…

Od strony technicznej każda próba wyglądała zawsze tak samo: zakładany soliście mikroport , soundcheck na scenie, nadajnik mikrofonu nagłownego ukryty na plecach, a nad jego działaniem czuwa dwóch realizatorów. Jeden główny na FOHu (nazwijmy go roboczo Realizator 1) i drugi (Realizator 2) za kulisami, montujący zestawy i pilnujący, aby wszystko działało jak należy.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, odbiornik mikrofonu umiejscowiony był na pasku spodni, na plecach, aby był niewidoczny i jednocześnie nie przeszkadzał w grze scenicznej. Realizator 2 montuje go, włącza, blokuje przed możliwością przypadkowego wyłączenia, dodatkowo zabezpiecza blokadę taśmą izolacyjną dla pewności i wysyła na scenę, gdzie dźwięk sprawdza Realizator 1. Potem już tylko czekamy na wejście na scenę.

Podczas spektaklu użyty był inny zestaw, ale poniższe zdjęcie dobrze pokazuje, jak wygląda taki przykładowy zestaw, który wokalista ma przy sobie na scenie.

Dzień spektaklu!

Emocje, trema, ale też trochę rutyny, bo gdy wchodzisz na scenę sześćdziesiąty raz, pewne elementy wykonywane są automatycznie. Niestety… Jak zaraz się przekonacie…

Solista przebywa swoją standardową ścieżkę techniczną. Założenie mikroportu, sprawdzenie na scenie, kciuk w górę Realizatora 1 i czekanie na swoje wejście.

Co robi w tym czasie Realizator 2? Rozmawia z nowymi znajomymi, których poznał podczas pracy, obserwuje scenę z zaciekawieniem, jakby pierwszy raz był w teatrze i nie wiedział, co się tam dzieje… ale na pewno nie zajmuje się swoją pracą!

Spektakl dobiegł końca! Brawa, ukłony, radość i zadowolenie ze swojej pracy. Warto w tym momencie dodać, że solista nie był w stanie obiektywnie ocenić swojego wokalu podczas sztuki, ponieważ specyfika miejsca i muzyki, nie pozwalała mu kontrolować odsłuchu, więc podczas spektaklu liczył na to, co wypracował na próbach, oraz na pracę realizatorów, których jedynym zadaniem było kontrolowanie tego, co ustawili sobie na próbach i – teoretycznie – sprawdzili podczas soundchecku.

Wieczór po spektaklu. (dla przekazania pełni emocji wcielimy się w solistę)

Jak zwykle po spektaklu przyjąłem gratulacje, że super, że fajnie itd. Kurtuazyjny standard. Na szczęście tego dnia na widowni byli też moi przyjaciele, zaufane osoby, które zawsze powiedzą mi prawdę o wykonaniu, głosie itd. Z teatru wszyscy wyszli jak gdyby nigdy nic, wieczorem spotkanie właśnie ze znajomymi i pytanie:

Jak było? „No powiem Ci, że całkiem fajnie. Gra sceniczna super, ale niestety głosowo twój partner bił cię na kolana…”. Co do cholery?!?! Myślę sobie… Przecież na wszystkich próbach to mnie było lepiej słychać, co potwierdzają nawet robocze nagrania i spot reklamujący spektakl. Nie chodzi absolutnie o jakąś rywalizację, że ja śpiewam głośniej, a on ciszej, tylko o to, że scena jest akurat tak ustawiona, że ja jestem na przodzie i moja postać jest agresywniejsza, w związku z czym słychać mnie lepiej.

Obawiałem się niestety najgorszego…

Po chwili ochłonięcia oraz próby wytłumaczenia prawdopodobnej sytuacji nie było wątpliwości. MÓJ MIKROFON NIE ZADZIAŁAŁ!!!! Wyciągam telefon i dzwonię do Realizatora 1.”Stary! Wiem, że mój mikroport był wyłączony podczas mojego wejścia na scenę! Możesz mi to wytłumaczyć?!”.

Pytanie go zaskoczyło, bo może spodziewał się, że zapytam, czy coś stało się z moim mikroportem, a on mógłby rżnąć głupa, że nie! Wszystko było ok. Ale on wiedział, że ja wiem, że mikroport był wyłączony, choć nie miał pojęcia, skąd ja to mogę wiedzieć. Fakt, trochę zaryzykowałem, bo 100% pewności nie miałem, ale praktycznie nie było innej opcji.

W słuchawce słyszę potwierdzenie moich domysłów: „Nie wiem, co się stało, ale twój mikrofon był wyłączony, nikt bezpośrednio przed twoim wejściem na scenę tego nie skontrolował, a jak już byłeś na scenie, to było pozamiatane. Robiłem co mogłem, żeby wyciągnąć twój głos z mikrofonów dogłaśniających na scenie…”. Czyli próba wybrnięcia z sytuacji, choć wiadomo było, że nie może zrobić nic i będzie próbował wcisnąć kit „naiwnemu wokaliście”! Żenada…

Najgorsze w tym wszystkim było to, że żaden z nich nie miał odwagi przyznać się do swojego błędu bezpośrednio po spektaklu, a nawet 2 godziny później, kiedy emocje wszystkim już opadły. Standardowo po zejściu ze sceny mikrofon był odłączony, zdjęty i cześć!

Sytuacja bardzo przykra, w której winni byli tylko jedni. REALIZATORZY, którzy okazali się tego dnia bardzo nieprofesjonalni! Błędy się zdarzają, choć takie nie powinny, ale trzeba umieć się przyznać do niego i ponieść konsekwencje. Sytuacja oczywiście została dopiero następnego dnia zgłoszona, aby kierownik muzyczny wiedział, że to nie była słaba forma solisty, tylko błąd realizatorów. Sytuacja ta nauczyła mnie, aby tak jak na drodze, tak też na scenie mieć ograniczone zaufanie do obsługi technicznej i sprawdzać dokładnie ich pracę, bo publiczność oceni twój wykon i zapamięta ciebie, a raczej nie zapamięta, bo prawie cię nie słyszała…

Dlatego, drodzy wokaliści, muzycy i wszyscy, którzy pracują na scenie, bądźcie czujni. Sprawdzajcie wszystko dokładnie i nie pozwólcie, aby taka sytuacja i błędy techniczne, którym można było zapobiec, przydarzyły się Wam, bo mogą kiedyś zaważyć na waszej karierze!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here