Od kartki pocztowej do nowego albumu, czyli MaJLo w wywiadzie dla uptone.pl

0

Melancholijne, niczym najpiękniejsze ballady Jacka Johnsona, pełne uroku i energii, jak największe hity Eda Sheerana… Takie są kompozycje Macieja Milewskiego kryjącego się pod pseudonimem MaJLo. Z pochodzącym z Trójmiasta wokalistą, kompozytorem, producentem a także właścicielem własnej wytwórni rozmawiamy o muzyce, inspiracji i nadchodzącym albumie.

Kim jest tajemnicza “Gunna”, kiedy pojawiła się wena i co było inspiracją dla nowego krążka? To tylko drobna część pytań, jakie w najnowszym wywiadzie zadaliśmy artyście, który w naszej opinii jest jedną z najbardziej wyróżniających się gwiazd w panteonie polskiej muzyki alternatywnej. Z rozmowy dowiecie się nie tylko o albumie, który już niebawem trafi do sprzedaży – uchylimy tu rąbek historii, która sprawiła, że Maciej Milewski stał się wokalistą, songwiretem, kompozytorem, właścicielem wytwórni i człowiekiem ze wszech miar wrażliwym na to, co nazywa się muzyką.

Usiądźcie zatem wygodnie i pozwólcie, aby opowiedziana przez MaJLo opowieść pozwoliła Wam przenieść się do innego, cieplejszego i bardziej pozytywnego świata.

Uptone.pl: Od klasyki, przez jazz, po szeroko pojęty indie-rock. Swoją przygodę z muzyką zacząłeś jako sześciolatek, dysponujesz słuchem absolutnym i grasz na kilku instrumentach. Jak to się stało, że Twoja ścieżka przez muzykę była tak długa i czasem bogata w zakręty?

MaJLo: Ta droga nadal jest kręta. Przede wszystkim chcę podejmować decyzje w zgodzie ze sobą. Czasem odsuwają mnie one od tego, za czym jako twórca powinienem gonić, ale ufam swojej intuicji. Po kilku latach działalności MaJLo podtrzymuję, że szczerość twórcza i odczuwanie olbrzymiej przyjemności z tego, że mogę tworzyć, co chcę, jest nagrodą. Celem nie może być sukces sam w sobie – musi on być wypadkową działań. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach droga każdego twórcy jest kręta i łatwo zbłądzić. Dlatego warto co jakiś czas zatrzymać się i zastanowić czy zmierza się w określonym kierunku.

Fot. Justyna Szyszka

Jak zaczął się „projekt MaJLo”? Co wydarzyło się, że z bycia instrumentalistą postanowiłeś zrobić krok dalej i wyjść na przód sceny?

Od zawsze uważałem, że instrument jest wyłącznie narzędziem do komunikacji w muzyce. Pod koniec studiów zacząłem odczuwać dużą potrzebę stworzenia projektu, w którym spełniłbym się nie tylko jako muzyk, ale i twórca. Po studiach zainspirowała mnie muzyka elektroniczna, indie pop i singer-songwriting. Zwróciłem dużą uwagę na brzmienie utworów i nastrój, który te brzmienia budują. Wcześniej nie było to dla mnie tak istotne. To był przełomowy moment w moim rozwoju i świadomości jako muzyka. Wiedziałem, że muszę wyjść ze swojej strefy komfortu, ujawnić swoje pomysły i wyjść przed szereg. To był trudny i stresujący czas, który musiałem przepracować.

Szybko zauważyli Cię organizatorzy Open’era – najpierw mała, później większa scena. Można jednak odnieść wrażenie, że wolisz bardziej kameralne występy? A może jestem w błędzie?

Kameralne koncerty mają niepowtarzalny urok. Odczuwam wtedy obecność każdego słuchacza z osobna. No i większy stres. Myślę, że każdy koncert jest inny i na to czy jest on udany składają się różne czynniki, które mogą pojawić się zarówno na małej, jak i na dużej scenie. Widownię tworzą ludzie – to ich reakcja i zaangażowanie powodują, że dobrze czuję się na scenie.

Pewnie masz już dość tego pytania, ale powiedz – jak to się stało, że Twoja piosenka trafiła do czołówki serialu? Czy po tym posypały się jakieś propozycje?

To prawda, że to pytanie pojawia się bardzo często. Do dziś nie do końca wiem, jak to się stało. Pewnego dnia odebrałem telefon od osoby odpowiedzialnej za muzykę w serialach. Okazało się, że tego dnia odbyło się spotkanie, na którym ludzie związani z produkcją “Diagnozy” przedstawiali swoje pomysły na czołówkę tego serialu. Myślę, że internet pomógł dotrzeć moim utworom do ludzi, wśród nich musiał znaleźć się ktoś zaangażowany w proces powstawania serialu. Po emisji otrzymywałem różne propozycje wykorzystania jednego z moich utworów w reklamie bądź kampanii społecznej. Zgodziłem się na kilka propozycji, ale nie były to reklamy emitowane w telewizji.

A gdyby teraz zadzwonił telefon i zaproponowano by Ci napisanie muzyki do filmu lub serialu? Zgodził byś się?

Zależy od filmu lub serialu. Gdyby spodobała mi się koncepcja danej produkcji to zgodziłbym się. Od zawsze chciałem napisać muzykę do filmu lub serialu. To musi być inspirujące zadanie. Od jakiegoś czasu zainteresowałem się tworzeniem scenariuszy, pracą z kamerą i montażem obrazu. Widzę olbrzymią analogię do tego, jak pracuje się z dźwiękiem.

Wiemy, że po wydaniu pierwszego albumu drogi Twoje i wydawcy oraz managera rozeszły się. Rozstałeś się też z kolejną wytwórnią. Najnowszy krążek wydajesz własnym sumptem, stworzyłeś też swoje wydawnictwo. Co było powodem tych rozstań? Czy mając obecne doświadczenia boisz się zaufać innym producentom i wytwórniom?

Zawsze udawało mi się współpracować z daną wytwórnią przez określony czas. Zazwyczaj był to jeden album. Mimo przeróżnych propozycji ze strony dużych wytwórni, nie zgodziłem się na długoletnie kontrakty. Korzystałem ze swojego prawa zmiany wydawcy, poszukując przestrzeni, w której będę czuł się dobrze i swobodnie. Takim sposobem dotarłem do momentu, w którym uwierzyłem w swoją wizję stworzenia niezależnego wydawnictwa, w którym sam będę odpowiedzialny za kształt swoich produkcji i wszelkie decyzje związane z ich publikowaniem. Nie zostałem specjalnie skrzywdzony, nie mogę też nikogo przestrzegać przed współpracą z danym wydawcą. Moje decyzje są uwarunkowane przede wszystkim własnymi spostrzeżeniami i chęcią bycia niezależnym twórcą.

Seagull Ross – opowiedz nam o Twoim wydawnictwie. Dlaczego taka nazwa, czy planujesz rozszerzyć tą działalność? A może już planujesz wydanie albumów innych twórców?

Nazwa powstała przypadkiem. Spodobała mi się, bo jest związana z regionem, w którym działamy i kojarzy się z islandzkim zespołem Sigur Rós, będącym uosobieniem melancholijnych dźwięków i eksperymentalnej, wręcz ambientowej przestrzeni. Od dłuższego czasu pracuję jako producent muzyczny. Byłem zaangażowany w proces powstawania wielu utworów trójmiejskich artystów. Często ich pomysły po prostu ginęły w czeluściach internetu. Zasięg nowo powstałych projektów i brak jakiegokolwiek planu wydawniczego szybko tłumił ich zapał. A Ci artyści po prostu zasługują na uwagę. Sam kiedyś spędziłem wiele godzin na wysyłanie dema do wytwórni, z którymi chciałem współpracować. Zazwyczaj próby te kończyły się brakiem jakiegokolwiek kontaktu ze strony wydawnictwa. Takie sytuacje potrafią bardzo szybko zdemotywować twórców. Ideą Seagull Ross jest zwrócenie uwagi na takich właśnie ludzi. Jesteśmy małym, niezależnym wydawnictwem, wzorującym się na brytyjskim modelu alternatywnej wytwórni. Chcemy przede wszystkim stworzyć zespół ludzi, dla których muzyka jest wyjątkowa. Skupiamy się na tym, aby prezentować ją w sposób estetyczny i zgodny z klimatem danego artysty.

Fot. Justyna Szyszka

Czyli własny label, własna produkcja. Nie byłabym sobą, gdybym w takim razie nie zadała Ci tego pytania – opowiedz nam, co znajduje się w Twoim studio? Dosłownie w kilku słowach – na jakich instrumentach grasz, jakim sprzętem i oprogramowaniem posługujesz się przy produkcji?

Od dwóch lat pracuję w domu, a na cele muzyczne zaadaptowałem poddasze. Produkuję przy użyciu programu Cubase z dużą ilością zewnętrznych wtyczek. Do najważniejszych instrumentów zaliczam gitarę elektryczną Fender Thinline, akustyczną Martin DX1AE i pianino akustyczne Kemble. Te trzy instrumenty służą mi do komponowania i nagrywania partii w utworach. Używam też syntezatorów Prophet 12 i Yamaha DX7. Korzystam z wirtualnych instrumentów Native Instrument. Do nagrań pianina używam najczęściej mikrofonów wstęgowych oraz pojemnościowych w różnych konfiguracjach. Partie wokalne nagrywam za pomocą Shura SM7B bądź Neumann’a TLM102 i preampu GAP Pre73. Mam też kilka zewnętrznych procesorów efektów firmy Electro-Harmonix, MXR i TC Hellicon oraz samplerów, z których korzystam sporadycznie. Z biegiem czasu rezygnuję z wielu urządzeń i staram się korzystać z tego, czego naprawdę potrzebuje.

Opowiedz nam trochę o swoim procesie twórczym. Co rodzi się najpierw – muzyka, zarys harmonii, tekst, obraz? Co Cię inspiruje i jak przebiegają prace nad utworem?

Czasem pierwsza jest melodia, innym razem harmonia lub brzmienie, które mnie inspiruje. Pomysły nie zawsze pojawiają się podczas pracy w studio, dlatego zawsze mam przy sobie telefon z dyktafonem. Następnie pracuję nad pomysłem w studio. Godzinami szukam brzmień, budując klimat, który podpowiada mi, jakich instrumentów użyć. Powoli rozwijam koncept, tworząc formę utworu. Nie oddzielam etapu produkcji od miksu i edycji. Kształtuję przestrzeń w utworze na bieżąco, używając pogłosów i zarządzając poziomami poszczególnych ścieżek. Następnie powstaje tekst. Zazwyczaj stworzony klimat utworu podpowiada mi o czym chciałbym napisać. W tekstach często pomaga mi moja dziewczyna Asia Bieńkowska.

A co jeśli nagle zmienia się koncepcja? Czy chowasz pomysły do “szuflady”, na później? Czy zawsze trzymasz się konkretnej ścieżki?

Przeważnie trzymam się tej ścieżki. Nie potrafiłbym zapanować nad większą ilością pomysłów. Każdy szkic utworu wymaga dużego zaangażowania wyobraźni. Jest kilka utworów, które musiałem odłożyć do szuflady. Zazwyczaj nie wychodzą one na światło dzienne i nie kontynuuję ich produkcji. W przypadku nowego albumu “Vestiges: The Scenes”, który wkrótce będzie miał swoją premierę, odłożyłem kilka utworów na bok. Nie znalazły się one na płycie, ale myślę, że jeden z nich kiedyś jeszcze zaprezentuję w formie singla.

Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś stworzyć coś bardziej eksperymentalnego i awangardowego – czy tak było tym razem? Czy na eksperymenty z Twojej strony musimy jeszcze poczekać?

Moje eksperymenty dotyczą raczej warstwy brzmieniowej. Forma utworu i harmonia zazwyczaj pozostaje prosta. Tak naturalnie tworzę. Kiedy udaje mi się stworzyć piosenkę opartą na prostej melodii, zaczynam eksperymentować, wprowadzając niekonwencjonalne rozwiązania. Tak było również przy produkcji nowego albumu. Dużo tam kontrastowego łączenia elektroniki z akustycznymi brzmieniami. Używałem też sampli stworzonych ze starych taśm magnetofonu szpulowego. Dostałem je od swojej babci i wykorzystałem w kilku produkcjach. Wykorzystałem też efekty gitarowe, które nałożyłem na ścieżki pianina akustycznego oraz przetworzone loopy nagrane na telefon.

Fot. Justyna Szyszka

Mainstream, czy alternatywa? Co bardziej do Ciebie przemawia? Zależy Ci na dotarciu do szerokiego grona odbiorców, czy wolisz koncentrować się na określonym gronie?

Dzisiejsza alternatywa staje się mainstreamem. Staram się nie myśleć o gatunku muzyki, który tworzę. To może być ograniczające. Muzyka, której słucham na co dzień oscyluje wokół wielu gatunków. Każdemu twórcy zależy na tym, aby jego praca dotarła do jak największej grupy odbiorców. Ważne, by tworzyć w zgodzie z samym sobą, a wtedy każda reakcja słuchacza uszczęśliwia.

Na ten moment Twoją twórczość na Spotify śledzi przeszło 100.000 subskrybentów, ponad 6,5k na YT. Napisane głównie w języku angielskim „Re_covery” cieszyło i cieszy się wciąż wielką popularnością za granicami. Jak Ci się wydaje – co jest przyczyną Twojego sukcesu za granicą? Większości polskich “mainstreamowców” nie udaje się przebić tak daleko, jak udało się Tobie.

Nie wiem, czy te liczby przekładają się na realny sukces. To prawda, że statystyka odsłuchań mojej twórczości w serwisach streamingowych wciąż pokazuje regularną i dużą ilość odbiorców. To jest na pewno miłe i motywujące, ale nie do końca przekłada się na ilość granych koncertów, zaproszeń ze strony dziennikarzy i rozpoznawalność. Mimo sporadycznych sygnałów od zagranicznych słuchaczy, nie czuję tego. Myślę, że to, że moje utwory dodawane są do licznych playlist, które śledzą tysiące użytkowników platform typu Spotify czy Apple Music, skutkuje taką ilością odsłuchań. Nie zawsze są to fani, którzy przyjdą na koncert bądź kupią płytę. Świat cyfrowej muzyki jest ogromny i daje duży wybór, przez co reakcje słuchaczy, ich wierność i entuzjazm szybko maleje.

Kiedyś w jednym z wywiadów mówiłeś, że wytwórnie zarzucają Ci brak radiowych hitów. Utwory promujące nowy album to też nie do końca piosenki, które można nazwać “radiowymi hitami”, niemniej zarówno “Dear Gunna”, jak i “Złoto” zapadają w pamięć głębiej, niż niejeden utytułowany przez największe stacje. Czy to Twój celowy zabieg?

Nie myślę nad tym, czy utwór, który akurat piszę, ma potencjał do bycia radiowym hitem. Twórczość artystów, których słucham na co dzień nie jest raczej odtwarzana w radio. Jestem fanem minimalistycznych rozwiązań, motywicznych melodii i powtarzalności. Te cechy często sprawiają, że utwór “wpada w ucho”. Nad zasięgiem utworu i jego potencjałem myślę dopiero przy wyborze singla promującego nadchodzący album. Mój wybór determinuje kilka czynników. Jeden z nich to owa przyswajalność. Dlatego zdecydowałem się opublikować jako pierwsze te właśnie single. “Dear Gunna,” to bardzo dynamiczny utwór, jak na mój repertuar. Między innymi to, że mogłem pokazać się w nowej odsłonie, zadecydowało, że piosenka pojawiła się jako pierwsza. Oprócz tego jej tekst jest mocno związany z koncepcją płyty. Drugi singiel “Złoto” został nagrany z Natalią Grosiak. Nigdy nie współpracowałem z innym artystą na swojej płycie! Ten fakt również zadecydował, że utwór został wydany przed premierą płyty. Na płycie jest jeszcze kilka innych piosenek, które bardzo chciałem zaprezentować, ale musiałem ograniczyć się tylko do dwóch…

Czy z nowym albumem planujesz dotrzeć do większej ilości odbiorców w kraju? Może zdradzisz nam co nieco na temat nadchodzącego krążka? Już po pierwszych dwóch utworach wiemy, że nie będzie to album tak “akustyczny” jak „Re_covery”. A może jesteśmy w błędzie?

Faktycznie można wysnuć takie wnioski. Nadchodzący album jest zróżnicowany pod względem wykorzystanych instrumentów i klimatu piosenek, dlatego opublikowane już single nie są w stanie jednoznacznie nakreślić ogólnej atmosfery tej płyty. Do jej powstania zainspirował mnie ubiegłoroczny pobyt na Islandii. To była krótka, ale intensywna wycieczka pełna inspirujących widoków i przemyśleń, jakie podsuwa tamtejsza przyroda. Pewnego dnia na pchlim targu w Reykiaviku moją uwagę przykuło stoisko ze starymi pocztówkami. Sprzedawcą był starszy mężczyzna, prawdopodobnie były pracownik urzędu pocztowego. Wśród setek pocztówek dostrzegłem jedną, która najbardziej mnie zaciekawiła. Miesiąc później miałem już projekt okładki płyty, stworzony na podstawie tej pocztówki. Na jej odwrocie znajdowały się słowa kierowane do tajemniczej “Gunny”, która stała się jedną z bohaterek opowieści zawartej na albumie.

Wiemy też, że w przedsprzedaży czekają nas pewne upominki. Uchylisz rąbka tajemnicy i powiesz, co to za niespodzianki?

To będą drobiazgi, których zdradzić nie mogę. Poza upominkiem, na każdej płycie chętnie złożę swój podpis.

“Melancholijna muzyka dla smutnych ludzi..” Zgadzasz się przynajmniej w części z takim określeniem twojej twórczości? I dalsza część pytania, do której chciałabym żebyś się odniósł: Nie da się nie zauważyć liryzmu i delikatności w Twoich kompozycjach, z czego to wynika?

Ktoś kiedyś powiedział, że muzyka nie musi być smutna, ale ta jest najpiękniejsza. Podpisuję się pod tym zdaniem. Nie wiem z czego wynika to, że jestem raczej melancholijny w swojej twórczości. Te emocje są mi zdecydowanie bliższe, ale nie oznacza to, że pogrążam się w smutku. Wręcz przeciwnie. Melancholia jest dla mnie pozytywną emocją i sprawia mi dużo radości.

I ostatnie pytanie, choć może wydać Ci się zaskakujące – Jakiej muzyki sam lubisz słuchać? Czy Twoja twórczość odzwierciedla Twój gust muzyczny?

Muzyka jakiej słucham na pewno wpływa na moją twórczość. Jest dla mnie bardzo ważną częścią życia i na pewno buduje mnie jako człowieka i twórcę. Są też tacy artyści na mojej playliście, których muzyka znajduje się na drugim biegunie, względem tego co komponuję. Jest to np. Childish Gambino i Tyler, The Creator. W ostatnim czasie bardzo spodobał mi się zespół Hailaker, wydali świetną płytę „Holding”. Odkryciem jest też dla mnie #1 Dads. i Ethan Gruska. Czekam też na album Keatona Hensona i Novo Amor. Po wydanych już singlach czuję, że te dwa albumy zostaną ze mną na dłużej tej jesieni.

Dziękujemy serdecznie za udzielenie wywiadu!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here