Zestaw perkusyjny Gretsch Catalina Maple trafił w ręce Artura Lutyńskiego – świetnego muzyka i perkusisty, grającego na co dzień w zespole ANEKE, oraz prowadzącego własne studio nagraniowe Black Cat Studio. Jakie wrażenia i jak zestaw został oceniony? Sprawdźcie sami!

arturW moje ręce trafił niedawno nowy model Gretsch’a – Catalina Maple CM1 – z czego bardzo się ucieszyłem, bo zaledwie kilka razy w życiu miałem styczność z instrumentami tego producenta i to zawsze „przelotem” podczas koncertów granych wspólnie z innymi zespołami, zatem nie miałem wyrobionego zdania na ich temat. Jako miłośnik sprzętu perkusyjnego miałem więc sporo zacięcia i trochę czasu na wzięcie pod lupę tego zestawu perkusyjnego rodem zza wielkiej wody.

Na wstępie tego testu zaznaczyć należy, że Catalina Maple to seria semi pro, co oznacza, że mamy prawo od tego zestawu wymagać już całkiem sporo zarówno pod względem jakości jak i brzmienia. Cena instrumentu oscyluje w granicach 4 tysięcy złotych, a taka kwota do czegoś już zobowiązuje. Czy po zestawie za taką cenę, możemy zatem oczekiwać dobrego brzmienia i ciekawych rozwiązań? W tym teście postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Otwieramy paczkę…

Testowany model otrzymałem zapakowany wręcz nienagannie. Przy tak spakowanych bębnach w pudła, wypełnienia i folie nie straszna im podróż frachtem, jak również polskim kurierem lecącym na łeb na szyje po naszych dziurawych szosach. Dwa tomy oraz werbel po wyjęciu z kartonów są już z założonymi naciągami, pozostała część shellsetu wymaga od nas zamontowania membran i obręczy. 30 minut na złożenie i strojenie zestawu to wystarczający czas, by zacząć cieszyć się brzmieniem Catalina Maple. Ale za nim poruszę kwestię brzmienia, warto skupić się na wizualnym oraz technicznym aspekcie bębnów.

4

10

Wygląd / Budowa

Analizowany zestaw CM1 jest w satynowym wykończeniu o kolorze Deep Cherry Burst – nie jest to moje wymarzone zestawienie ale z pewnością znajdzie się masa bębniarzy dla których połączenie satyny z tym konkretnym kolorem na beczkach jest dokładnie tym czego szukają. Pamiętajmy także, że jest to tylko jedno z kilku wykończeń jakie w tym modelu oferuje nam Gretsch i każdy znajdzie coś dla siebie. W mojej opinii, ten sam kolor Deep Cherry Burst w połysku prezentuje się już znacznie lepiej, szałowo wygląda wykończenie Aqua Sparkle (okleina) oraz intrygująco Black Bronze Sparkle (również okleina). Wychodzę z założenia, że bębniarz jest integralną częścią zespołu i musi się pięknie prezentować w świetle reflektorów 🙂

Kolejną rzeczą, która przykuwa wzrok, są delikatne łódki i pozostałe elementy metalowe. Gretschowi udało się stworzyć nienachalną vintage’ową stylistykę, dzięki której korpusy bębnów są bardziej wyeksponowane, niż w przypadku bębnów innych producentów. Do tego należy dodać fakt iż mamy krawędzie korpusów frezowane pod kątem 30 stopni, a na nich pojedyncze, powlekane naciągi marki Remo, co sprawia, że jeszcze przed uderzeniem w nie pałką możemy spodziewać się charakterystycznego oldschoolowego brzmienia.

Korpusy wykonane są z 7-warstwowej sklejki drewna klonowego. Same krawędzie wycięte są precyzyjnie, ale niezbyt ostrym frezem i bez ostatecznego szlifu. Jest to oczywiście błahostka, która nie wpływa na końcowy efekt ale na pewno pokazuje pewno oszczędności, na który producent musiał się zdecydować. Założę się, że we flagowych modelach Gretsch nie musiał iść na taki kompromis 🙂

6

11

Śruby obręczy i gwinty łódek pasują do siebie nie najgorzej. Niektóre wkręca się perfekcyjnie ale możemy trafić na sztukę, która nie w każdą lugę wkręci się tak dobrze i musimy przypasować ją do innej wolnej. Nie mam żadnych zastrzeżeń do obręczy o grubości 1,6 mm, które są wykonane bezbłędnie, ze ślicznie położonym chromem.

Dochodzimy do kwestii mocowania tomów, którą notabene Gretsch na swojej stronie dość mocno się chwali. Zawieszenie tomów jest bardzo delikatne wizualnie, a w porównaniu z innymi modelami bębnów wręcz niewidoczne, co jest niewątpliwym atutem. Mocowanie trzyma zaledwie na dwóch śrubach wiszący tom i dodatkowo podpiera go w jednym miejscu stożkową gumą. Takie rozwiązanie powoduje, że uderzony tom będzie zdecydowanie swobodniej rezonował co przełoży się na pełnię brzmienia ale z drugiej strony mamy nieco utrudnione swobodne ustawienie tom tomów pod siebie. Tak więc coś za coś… Otrzymujemy pełny długi sustain ale wcześniej  musimy poświęcić kilka dobrych minut tomholderom, które nie należą do najmocniej trzymających i odpowiednim dopasowaniu aby tomy wisiały tak jak sobie tego życzymy.

9

Nogi bębna centralnego w Catalina Maple są zawodowe – niby delikatne, a jednak okazują się być bardzo stabilne i pancerne. Podobnie jest z nogami od floor toma. Prosta forma, bez zbędnych fajerwerków, ale za to porządnie wykonane i bardzo stabilne. Na pochwałę zasługują bardzo ładnie zaprojektowane i wykonane mocowania obręczy bębna centralnego (clawhook). Są to odlewane elementy, pokryte nieskazitelnym chromem. Stanowią komplet wraz z długą śrubą oraz gumą, która zabezpiecza drewnianą obręcz przed ocieraniem żeliwnego odlewu clawhook’a. Cieszącym oko designem mogą poszczycić się również wszystkie „motylki” skręcające elementy metalowe, które kształtem przypominają guziki płaszczy noszonych w latach siedemdziesiątych (Gretsch nazwał je „T-WING NUT”). Dodać warto, że tomholder oprócz swojej głównej funkcji trzymania tomów ponad bębnem centralnym posiada jeszcze możliwość mocowania rurki statywu np. do splasha.

Jeszcze parę słów na temat werbla. Od razu powiem, że nie jest to najmocniejsza strona całego shellsetu, ale też nie jest to totalna kiepścizna jak to często bywa w przypadku werbli dawanych do zestawu przez innych producentów. Można by powiedzieć o nim, ot po prostu 14” x 6” werbel ze średniej jakości maszynką do sprężyn, przeciętnymi sprężynami i średniej klasy lugami. Szału nie ma, ale można spokojnie grać 🙂

Od strony wizualnej nowa Catalina Maple jest bardzo spójnym instrumentem. Widać w niej vintage’owe zacięcie wraz z podrasowaną muskulaturą, godną bębnów z XXI wieku. Czarne logo Gretsch na białym rezonansie centrali, prezentuje się genialnie podkreślając zarazem długoletnią tradycję firmy. Dodatkowo na każdym elemencie zestawu widnieje logo firmy w postaci okrągłej, czarno-złotej plakietki. Te bębny nie są liche jak stare instrumenty z lat 60, z pewnością przetrwają szmat czasu.

Shellset, który otrzymałem to BD 22×18, TT 10×7, TT12x8, FT 16×16 oraz SD 14×6. Jak już wspomniałem wcześniej Catalina Maple wyposażona jest w pojedyncze, powlekane naciągi REMO UT Ambassador oraz jako rezonansowe naciągi REMO UT Ambassador clear. Bass drum posiada przeźroczysty naciąg bity REMO Clear UT Ambassador z pierścieniem tłumiącym . Membrana rezonansowa jest niedziurawioną, powlekaną REMO z pierścieniem tłumiącym.

13

12

Walory muzyczne…

Po pierwsze mamy do czynienia z bębnami z klonu , a więc użyty materiał już po części sugeruje charakter brzmieniowy Catalina Maple. Po drugie tomy 10 i 12 cali strojone są na 5 śrub, ale tutaj uwaga – nie sprawia to żadnych problemów podczas tuningu. Ogólnie bębny stroją się bardzo ładnie. Mają swój hot spot i kłamstwem byłoby powiedzenie, że pięknie gadają zarówno wysoko, średnio jak i nisko strojone. One ładnie odzywają się w lekko wyższym stroju, przy niższych ustawieniach membran nie brzmią już tak szlachetnie. Oczywiście te spostrzeżenia są pisane na postawie ogrywania na firmowych naciągach, być może na innych membranach set zagadałby znacznie lepiej. Tomy 10 i 12” brzmią zawodowo, mają świetny sustain – a jednak to zawieszenie sprawdza się pod tym względem 🙂 – posiadają zdecydowany atak i sporo wysokich alikwotów, które zapewne przypadną do gustu osobom grającym jazz lub odmiany progrocka. Floor tom 16”x16” był najtrudniejszym elementem shellsetu do nastrojenia. Ale w końcu, gdy go okiełznałem okazał się najciekawiej brzmiącą częścią Catalina Maple. Drzemie w nim wielka moc, świetnie rezonuje, ma sporo dołu, a zarazem wyraźny atak. Jak dla mnie bajka. Z tym, że miałem wrażenie, że przeskok z tomów 10, 12 na floor toma 16” był zbyt duży i jakoś wspólnie nie gadało to ze sobą najszczęśliwiej. Aby zminimalizować ten przeskok można rzecz jasna dokupić sobie tom 14” oraz 8” i powiększyć set do 7 częściowego zestawu lub od razu kupić właśnie w takiej konfiguracji.

Werbel jak już wspomniałem jest średni co wbrew tej opinii i tak jest jego zaletą na tle innych producentów w tej półce cenowej. Przyzwoicie reaguje na dynamikę grania, średnio się go stroi (tylko na 8 śrub) i ma poprawne brzmienie. Można by powiedzieć, że to ideał dla przeciętnego perkusisty :), ale powiem inaczej… ten werbel jest świetny dla osoby zaczynającej granie i całkiem niezły dla kogoś kto już trochę gra na beczkach, dla bardziej zaawansowanych pałkerów będzie to werbel, któremu może zabraknąć tego czegoś…

Do kompletnej oceny Catalina Maple został mi jeszcze tylko bęben centralny 22”x18”. Jest to niewątpliwie mocny punkt programu. Bęben taktowy ma dużo ataku i sporo dołu, wprost wymarzony sound do popu i rocka, ale strojony wyżej świetnie odnajdzie się w bluesie jak i jazzie. Podobnie jak werbel strojony jest na 8 śrub na każdy naciąg. Ma umiarkowaną długość wybrzmienia co czyni go bardziej punktowym niż rozlazłym instrumentem, a o to przecież chodzi.

Podsumowanie

Reasumując chciałbym odpowiedzieć na pytanie zadane na początku testu. W przypadku Gretsch Catalina Maple dostajemy tyle za ile zapłacimy co wydaje się być, jak kolwiek to zabrzmi, bardzo uczciwe. Oceniłbym cały set jako solidny zestaw z półki semi pro. W całości Catalina brzmi naprawdę dobrze, wykonana jest nie nagannie i gra się na niej fajnie. Jeśli szukasz dobrego zestawu za dobre pieniądze to spokojnie możesz brać go pod uwagę. Z pewnością ten set sprawdzi się na scenie oraz podczas prób z zespołem. Do studia nagrań, gdzie często zmieniane są naciągi, szuka się brzmienia i różnie stroi się zestaw perkusyjny już może nie koniecznie ale jedno jest pewne, Gretsch Catalina Maple dał mi poczucie, że za przyzwoite pieniądze można kupić rzetelnie wykonany instrument na długie lata grania.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here