Artystyczna kupa. Czyli gdzie leżą granice muzycznej akceptowalności?

0

Świat od lat nie jest wolny od wszelakiego brudu. Biznes aż kipi od finansowych przekrętów. Polityka wyrównała swój poziom z krowim łajnem, a kultura…? No właśnie, gdzie leży granica wciskania ludziom gniotu jako dzieła, tudzież pseudoartystycznych aspiracji?

Jako że blisko mi do teatru operowego i uwielbienia dla wykonań “Na Żywo”, moimi najczęstszymi doświadczeniami kulturalnymi są koncerty, spektakle i inne imprezy, na których to śpiewacy czy też muzycy mają za zadanie cieszyć nasze, słuchaczy, uszy.
Będąc nie tak dawno gościem kilku koncertów i spektakli, jakoś dziwnie natknąłem się na wykonania dalece odbiegające od tych, które zwykliśmy nazywać dobrymi.
Najwyraźniejszym tego przykładem ostatnich tygodni była wizyta w jednym z teatrów operowych, w którym to na gali rozpoczęcia sezonu mogłem usłyszeć śpiewaków w ich wspaniałym, skąd inąd, repertuarze operetkowym.
I wszystko skończyłoby się cudownie gdyby nie fakt zaistnienia dość młodego tenora, który swoim śpiewem raczy li i jedynie samego siebie!
Otóż młodego mężczyzny nie było słychać nie tylko w 10 rzędzie, ale i w pierwszym.
Jak zatem dostał tę rolę? Kto podpisał z nim umowę? I w końcu, kto i ile mu zapłacił?

Nie chcąc przegryzać artystycznej tętnicy tak samym władzom teatru, ani biednemu śpiewakowi, podaruję sobie nazwiska i nazwę instytucji. Wszak nie o konkretnym teatrze tu mowa, a jedynie o granicach akceptowalności i kosztach, jakie muszą ponieść widzowie by móc usłyszeć piękną muzykę z pięknych, w założeniu, ust.

Innym przykładem są koncerty rockowe, których w moim życiu pojawiło się wiele. Liczone w setkach, mogę sklasyfikować je jako te dobre – z muzycznego punktu widzenia, i bardzo kiepskie, w których realizatorzy, bądź sami artyści wydawali się robić sobie jaja z publiczności, od których zainkasowali pewne kwoty pieniędzy za koncert.

Gdzie zatem jest odpowiedzialność dyrektorów, samych artystów czy też organizatorów?
Czy świat kultury rządzić się ma prawami oderwanymi od praw konsumenckich? Czy usługa jaką świadczą, tudzież produkt, w pojęciu ekonomicznym, ma prawo być niepełnowartościowy lub graniczący z żenadą? Nie sądzę.

W świecie kultury wysokiej, ale i nie tylko, przyjęło się mawiać, że to widzowie ocenią artystów i w najgorszym wypadku więcej nie przyjdą na ich koncert lub spektakl.
Ale co z tymi, którzy bilet już kupili płacąc za niego niemały procent ich comiesięcznego budżetu? Czy mają pogodzić się ze stratą, tak finansową jak i kulturalną i przejść nad problemem do porządku dziennego? A może powinni móc gwizdać, krzyczeć w geście niezadowolenia i tym samym zbesztać artystę i tych, którzy pozwolili wyjść im na scenę?

Granice artystycznej kupy, coby nie napisać g…a, gdzieś znajdować się muszą. I chyba tylko od nas, słuchaczy i widzów zależy, co jest akceptowalne, a co nie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here