Artysta biurowy, czyli wieczny dylemat pomiędzy życiem w dostatku, a życiem z pasją

1

W dzisiejszym trudnym świecie, narażeni jesteśmy na ciągłe dokonywanie wyborów. Czasem wybory te sprowadzają się do podjęcia decyzji o kupnie samochodu używanego lub nowego. Niekiedy jednak mogą one w bezprecedensowy sposób rzutować na nasze życie – naszą rodzinę, finanse i stan psychiczny. Pytanie zatem brzmi: być szczęśliwym i biednym, czy bogatym i nieszczęśliwym?

Historia zna takich, którzy do życia próbowali podejść pragmatycznie. Pal licho, gdy byli matematykami próbującymi przekwalifikować się na fizyków. Problem powstawał wtedy, gdy byli artystami, którzy nagle zapragnęli stać się korporacyjnymi szczurami.
O tym będzie ten tekst – czyli o wyborze pomiędzy szczęściem, a pieniędzmi.

Pieniądze szczęścia nie dają

Kawałek historii

Nie próbując uskuteczniać propagandowej dywersji, wydaje się, że kiedyś “żyło się lepiej”. Parafrazując ten wyborczy frazes partii politycznej warto zdać sobie sprawę, że kiedyś naprawdę żyło się lepiej – i nawet jeśli nie było to życie w dostatku finansowym, to życie w biednym kolektywie obywateli Rzeczpospolitej Ludowej miało pewne niedocenione dziś plusy dodatnie.

Równy w biedzie = równy status

Czego by nie mówić o poprzedniej socjalistycznej rzeczywistości, życie społeczeństwa środkowoeuropejskiego należało do bodajże najbardziej zsolidaryzowanych w historii naszych społecznych szerokości geograficznych.
Jeśli mówiono o biedzie, to biedny był każdy – Ty, sąsiad, sąsiadka, babcia i sklepikarka.
Wszyscy próbowali żyć dostatniej, jednak obostrzenia z ramienia partii skutecznie uniemożliwiały polaryzację majątkową społeczeństwa.
Oczywiście, wybrańcy narodu w postaci tzw. partyjniaków, żyli ponad stan, a dostępność do kartek na wódę sprawiało, że mogli mieć wszystko to, co było lub nie było dostępne w granicach państw Układu Warszawskiego i poza nim.

Jedno jednak było faktem. Każdy (no może prawie każdy), próbował pomóc sąsiadowi, a jedyne czym wykazać mógł się “wróg”, to podpieprzenie do partii i ciche wysłanie na przesłuchanie w komendzie Milicji Obywatelskiej.

Pracownicy artystyczni, w tamtym okresie również mogli liczyć ciut więcej aniżeli dzisiaj. I choć ich pensje relatywnie wyglądały podobnie jak we współczesnych instytucjach kultury, to jednak możliwość wyjazdu służbowego poza granice PRL, czy też tzw. chałtury, pozwalały im na w miarę godne przeżycie każdego miesiąca.
Jeśli jednak byli mniej rezolutni, a ich instytucja rzadko wyjeżdżała na kontrakty, to w najgorszym przypadku mieli dokładnie tak samo źle jak ich koleżanki i koledzy z innych grup zawodowych.

Wtedy, a dziś

Życie się zmieniło, a świat pewnym krokiem zmierzał ku wolnościowemu, kapitalistycznemu stylowi życia.
Problemem okazały się różnice w tempie wzrostu gospodarczego, ale i z tym mieliśmy sobie poradzić.
Jak historia pokazała, tempo się nie zrównało, a kraje byłego bloku wschodniego jak były, tak są “daleko za obywatelami czarnego kontynentu”, wpuszczając do swych krain galopujące wilcze watahy konsumpcjonistów, nęcąc życiem ponad stan, w nowych dżinsach i plikiem dolców w tylnej kieszeni.

Artyści, co gorsza, zostali dokładnie tam gdzie stali wtedy. Z nutami w ręku, instrumentem pod pachą, nie zdołali przeprowadzić rewolucji w swoim wciąż zajętym życiu, oddalając się od reszty świata na krytyczną odległość, która nie dawała im szans na dogonienie kapitalistycznego świata.

Artyści kontra zmieniający się świat

Artyści to ta grupa społeczna, która nie wiedzieć czemu, pozostała sama na polu bitwy pomiędzy światem nowym, a starym.
To oni zostali jedną z ostatnich grup zawodowych, których portfele dużo bardziej rozpychały karty kredytowe, aniżeli pliki banknotów.

Pozostając gdzieś w klatce swoich wąskich kompetencji, nie mieli szans na dopasowanie się do wciąż rozwijającego się finansowo społeczeństwa licząc na to, iż ktoś na wyżynach partyjnych, tudzież rządowych, dostrzeże ich braki w portfelu.
Niestety, portfel jak był, tak jest na wpół pusty, a włodarze naszych miast wydają się przymykać oczy gdy tylko przyjdzie im klaskać na koncertach, spektaklach i plenerowych występach.

Zatem żywot artystów, to dziwaczne oczekiwanie na to, że ktoś ich dostrzeże. Przypomina to kuriozalną sytuację człowieka znajdującego się na bezludnej wyspie i wymachującego do przelatującego kilka tysięcy metrów nad ziemią samolotu.
W nadziei, że jego wymachiwanie rękami przyniesie wybawienie, zaczyna pakować swój rozbitkowy majątek szykując się na rychłe przybycie ratunku.
Niestety jego radość trwa dość krótko, gdyż nikt nie jest w stanie dostrzec jego cierpienia. Życie rozbitka zmienia się dopiero wtedy, gdy postanawia wypłynąć w morze i szczęśliwie napatoczyć się na przepływający statek.
Podobnie rytuał ten wygląda w realnym życiu, bo dopiero gdy artyści zaczną protestować, krzyczeć w mediach, tudzież walić głową w ścianę, zazwyczaj przynosi to jakieś, niewielkie lecz wymierne korzyści finansowe.
Wielu jednak nie chce posuwać się do takich metod i pokornie czeka aż otaczający ich świat się zmieni, bądź sami, na własną rękę zmieniają swój żywot na…

Czas decyzji

W życiu większości artystów przychodzi moment, w którym na szali kładą życie w sztuce, z życiem w tzw. finansowej normalności. Wydaje się, że przekwalifikowanie, to rzecz prosta, raczej bezbolesna, która jedyne co może przynieść, to szczęście od 8:00 do 16:00, wolne weekendy i oczywiście opływanie w ciepłych jeszcze złotówkach.
Jednak rzeczywistość często pokazuje, że odłożenie na półkę skrzypiec, nut i koncertów, bywa bardziej frustrujące, aniżeli życie w niedostatku finansowym.
Wielu probowało zapomnieć o życiu artysty, próbując stać się jednym “z nich” – normalnie pracujących obywateli. Efekt jednak był różny, w zależności od kierunku przekwalifikowania, przez ludzi z którymi przyszło im obcować, na relacjach zgoła odmiennych od artystycznych kończąc.

Czas decyzji wiąże się z ogromnym ryzykiem. Wybór którego się dokonuje, rzutować może nie tylko na rodzinę, czy też finanse. Najgorsze mogą okazać się artystyczne uczucia, które po zetknięciu z korporacyjną rzeczywistością bardzo łatwo są w stanie sprowadzić artystę na samo dno poczucia własnej wartości.
Obcowanie z ludźmi tak odmiennej kultury życia od ludzi sztuki, jest trudniejsze aniżeli wielu się wydaje. Zero-jedynkowe podejście do wykonywanych obowiązków, oraz patrzenie jedynie na wprost przed siebie, skutkuje frustracją, brakiem umiejętności wtopienia się w towarzystwo, a w efekcie stanami depresyjnymi, które kończyć się mogą, w najlepszym przypadku, kilkoma sesjami tabletkowymi, tudzież wizytami u psychiatry.

Decyzja, którą tak łatwo się podjęło w ciągu zaledwie kilku tygodni, może okazać się więc największą porażką życia, a z drogi tej, niejednokrotnie ciężej jest powrócić na właściwy, z góry upatrzony artystyczny tor.
Czy zatem życie pozaartystyczne jest gorsze, aniżeli w obcowaniu ze sztuką?
To trochę tak, jak pozbawić wydrę wody. Niby chodzić umie. Niby pływać nie musi. Jednak bez wody to już nie to samo życie, co w niej.

Wnioski końcowe

Przyjmując nomenklaturę pracy naukowej, należy w tym miejscu przedstawić wnioski końcowe, które w tym przypadku jednoznaczne nie będą. Zmiana pracy, to rzecz oczywista i powszechna, jednak praca nie równa się pracy, co w przypadku ludzi szeroko pojętej kultury wydaje się być nad wyraz wręcz przerysowane.

Pracownicy kultury, względnie osoby artystycznie aktywne, na zmianę pracy reagują zupełnie inaczej aniżeli inne grupy zawodowe.
Będąc wciąż na scenicznym świeczniku, w świetle reflektorów oklaskiwani za występ lepszy lub gorszy, uzależniają się od życia w świecie innym, aniżeli w pozycji dupnej przed ekranem monitorów.
Spowolnienie metabolizmu podczas pracy biurowej, czy też pracy innego rodzaju niż praca na scenie, to problem niełatwy. Bo podobnie jak wydra, artyści do życia nie potrzebują tylko nóg. Potrzebują przysłowiowej wody, która daje im poczucie swobody i bycia “wydrą” przez duże “W”.

1 KOMENTARZ

  1. Drogi Krzyśku,

    Znamy się jeszcze z tej artystycznej części mojego życiorysu i jak pewnie pamiętasz postanowiłem zmienić branżę na z pozoru kompletnie odmienną od naszej – IT. Nie była to bynajmniej łatwa decyzja ani też nie została podjęta w ciągu kilku tygodni (jak to opisałeś w artykule).

    W pewnym momencie mojej pracy zawodowej dotarło do mnie, że znikoma stabilność finansowa i poczucie bezpieczeństwa jakie mi zapewniała ówczesna instytucja kultury (pracodawca) w żadnym stopniu nie sprawia, że jestem człowiekiem szczęśliwym. Do tego dochodziła nieustająca frustracja z braku jakichkolwiek perspektyw poprawy systuacji, niezdrowa atmosfera w zespole i odczuwalny brak szacunku ze strony społeczeństwa do naszego zawodu. Wiedziałem też, że nie ma realnych możliwości awansu. Mimo że kochałem to co robiłem i uwielbiałem Was, moich współpracowników, z którymi dzieliłem chwile lepsze i gorsze, wiedziałem że nie jestem w stanie spędzić w ten sposób reszty życia, codziennie pytając sam siebie “co dalej?”, “czy te 1800 PLN starczy do pierwszego?”, “czy przez kolejnych 40 lat będę traktowany tak samo, bez perspektyw awansu czy rozwoju?”. Jak widzisz, moja decyzja miała uzasadnienie i zapewniam Cię, że wzrastała we mnie jak nadzieja na lepsze życie, na założenie rodziny i po prostu na bycie docenionym. Wzrastała we mnie przez te wszystkie lata pracy, oraz wtedy gdy zacząłem studiować zaocznie, opłacając czesne ze znikomej pensji i chałtur.

    Już w połowie moich studiów inżynierskich udało mi się dostać pracę na stanowisku stażysty w firmie IT o zagranicznych korzeniach, której daleko było do określenia “korpo”. Rodzinna atmosfera, wszyscy uśmiechnięci, kolorowe biuro i pensja na start dwa razy wyższa niż w poprzedniej “firmie”, po 6 latach pracy. Nie wspominając o licznych benefitach, szkoleniach.

    Na dzień dzisiejszy pracuję w tej firmie już ponad 3,5 roku, zaliczyłem dwa awanse i kilka pokaźnych podwyżek. Codziennie uczę się czegoś nowego. Codziennie mam kontakt z ludźmi z całego świata, podróżuję po całej Europie, pracuję w większości z domu, a w grudniu na świat przychodzi moja córka – dziecko, na które nie miałbym odwagi zdecydować się pracując zawodowo jako artysta. Czy jestem nieszczęśliwy…?

    Powiem tak – coś za coś… Myślę, że po troszę jestem wydrą z Twojej metafory. Niby da się żyć bez wody, ale brakuje tej “esencji”, czegoś z czym żyłem przez prawie 20 lat mojej muzycznej edukacji i pracy zawodowej. Mimo to myślę, że udało mi się uniknąć frustracji, którą opisujesz, o braku umiejętności wtopienia się w społeczeństwo “mugoli”, nie-artystów. Dobrze dogaduję się z ludźmi, ba!, dzięki tzw. “umiejętnościom miękkim” nabytym podczas pracy artystycznej, pracuję na stanowisku, które nie jest dostępne dla przeciętnego informatyka po politechnice.

    Cały czas stam się praktykować i spełniać się w muzyce, która pozostała już jedynie moją pasją, ale jestem świadom, że nie ma już odwrotu. Nie będę w stanie prawdopodobnie nigdy już zagrać w orkiestrze symfonicznej, współtworzyć Sztuki dla publiczności, przeżywać tych emocji, które miałem przyjemność przeżywać każdego wieczoru z Verdim, Puccinim czy Czajkowskim. Nawet nie wyobrażasz sobie jak mnie to smuci. Jednak odnosząc się do Twojej kolejnej metafory, gdybym nie wsiadł na tę tratwę, nigdy nie trafiłbym na statek ku lądowi. Zostałbym do końca na tej bezludnej wyspie, aż zmęczyłoby mnie machanie do samolotów.

    Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę powodzenia!
    Artur

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here