Temat pieniędzy w muzyce nie jest czymś nadzwyczajnym i zdrożnym. Każdy musi z czegoś żyć – to jest jasne. Jednak istnieje coś takiego jak wyzysk i etyka zawodowa.

Ostatnio do mediów społecznościowych wypłynęła korespondencja mailowa, dotycząca warunków uczestnictwa w powracającym na polski rynek festiwalu muzycznym. Nie mogliśmy przejść obok tematu obojętnie i nie pokusić się o jego skomentowanie. A przy okazji podzielenia się z wami naszym złym doświadczeniem i obserwacjami polskiej sceny muzycznej, bo tych “złych historii” jest zdecydowanie za dużo…

Jak każdy z nas wie, w kraju nad Wisłą nie żyje się ani łatwo, ani tanio. Grupa zawodowa zwana “artystami”, ponosi jednak jeszcze jeden koszt. Koszt możliwości pracy. Temat ten pojawiał się już nie raz w mediach. Pisały o tym gazety, trąbiły o tym media społecznościowe. Jednak problem z jakim borykają się artyści wszelakiej maści, wydaje się coraz bardziej narastać, zamiast znikać z polskich miast.

money

Początki kariery artystycznej bywają naprawdę trudne. Często, ludzie poświęcają całe swoje dotychczasowe życie tylko po to, by spróbować swoich sił w świecie szeroko rozumianej sztuki. Mam tu na myśli nie tylko muzykę, ale i malarstwo, fotografię, czy też taniec. Młodzi artyści poświęcają karierę edukacyjną porzucając studia i próbują swoich sił wszędzie, poczynając od imprez w klubach, poprzez wysyłanie swoich dzieł do agencji zajmujących się promocją.
Życie tych młodych artystów, mało powiedzieć, że nie jest usłane różami. Życie tych młodych ludzi to sterta udręk, gigantycznych upadków i mnóstwa poświęconych pieniędzy, które mogą nigdy się nie zwrócić.

Temat niejako sam “przyszedł” do naszej redakcji dzięki zgłoszeniu pewnego osobnika oburzonego historią związaną z dużym festiwalem organizowanym w Polsce.
Dowiedzieliśmy się, że aby wziąć udział w koncercie na tzw. małej scenie, należy za tą możliwość zapłacić sporo pieniędzy.
Zatem dla organizatora nie jest najistotniejsze z jakim artystą ma do czynienia. Musi zgadzać się kasa.
Absurdem w całej tej sytuacji jest fakt, że impreza nagłośniona została iście po amerykańsku. Plakaty, wydarzenia na facebook’u i cała otoczka marketingowa, świadcząca nie tylko o rozmiarach wydarzenia, ale i o ogromnej stercie pieniędzy jakie przepłynął przez festiwal, napychając kieszenie organizatorów.
Mechanizm “castingu” młodych artystów był, a raczej nadal jest bardzo prosty.
Zespoły zgłaszają chęć wzięcia udziału w koncercie i wpłacają minimum 2500 PLN.
Spośród wszystkich zgłoszonych zespołów, wygranym będzie ten, który przelicytuje resztę.
Czyli… Jeśli dasz najwięcej, wystąpisz na małej scenie.
Ot cały artyzm.
Zanika tym samym pojęcie sztuki. Na festiwalu wystąpi nie najlepszy, a najbogatszy.
Publiczność zaś, płaci kasiorę za bilety, ciesząc się z powrotu festiwalu na łono polskiej sztuki masowej.
Co ma z tego zespół?
Poniekąd możliwość pokazania się szerszemu odbiorcy. Wpisanie w swoją repertuarówkę daty z tymże festiwalem i może kawałek satysfakcji, że udało im się wystąpić. Jednak wydaje się być mocno nieetycznym, czerpanie korzyści finansowej ze sprzedanych biletów i nie dzielenie się choć ułamkiem tej kwoty z występującym młodym zespołem.

certis-cisco-security-guard-mrt-molest-man-wesley-tan-threat2_0Życie pozafestiwalowe nie wygląda niestety inaczej. Młode kapele, gdy chcą zagrać jakiś mini koncert w klubie studenckim, czy też PUBie, bardzo często muszą za swoją pracę płacić właścicielowi takiego klubu. Mechanizm? Ponownie banalnie prosty. Kapela idzie do menadżera klubu, proponuje godzinny koncert LIVE, a ten im rzuca na stół propozycję – płacicie 1000 PLN i występujecie. To nic, że klub zarobi na studenciakach i hektolitrach sprzedanego alkoholu.
Kasiora ma się zgadzać i tyle!

Inne rodzaje sztuki naznaczone są równie śmierdzącym biznesem.
Fotografia i malarstwo to jeszcze dziedziny, w których rzadko spotykamy tak bezczelne metody jak molestowanie, czy chociażby właśnie opłacanie swoich wernisaży. Nie oznacza to jednak, że chcąc zaprezentować swoje prace, nie natrafimy na gnoja, który chętnie zedrze z nas trochę szmalu.
Problem staje się dużo większy w przypadku samotnych wokalistek, czy też tancerek.
Te mają naprawdę przesrane na tym artystycznym padole.
Oba nurty artystyczne, wymagają w tych czasach nie tylko umiejętności, ale i aparycji i “otwartości”.
Taka cena jednak, bywa często zbyt wysoka, by można było ją ponieść.

Niestety, mając wśród znajomych koleżanki, które niegdyś próbowały swoich sił na większej scenie, tudzież w telewizji, znam historie, kiedy to znani nam z ekranów prezenterzy, proponowali kilka minut uciech seksualnych młodym, nieopierzonym artystkom.
Wszystkie te przykłady mogą wydawać się wyssane z palca, jednak wystarczy pokręcić się w towarzystwie, a informacje same spływają na nasze uszy. Rozgoryczenie, ból po przegranych artystycznych bitwach, pozostawia na tych młodych artystach niemałe rany, których zaleczenie wymagać będzie wielu lat terapii, tudzież samoakceptacji i podjęcia normalnej pracy.
Zatem czy zawód artysty, to coś fajnego i godnego uwagi?
Pewnie tak. Jednak trzeba mieć zawsze z tyłu głowy coś w rodzaju czerwonej lampki, która informuje nas o być, lub nie być wobec siebie fair.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here