Czasy są takie, że z jednej strony mamy renesans winyli, gramofonów i coraz więcej chętnych na sprzęt high-endowy, albo przynajmniej z tych porządnych, z drugiej zaś frontalny atak odtwarzaczy przenośnych, portali streamingowych, Spotify, Youtube… Niedługo nie będzie nic pośrodku. Ta pierwsza strona dba o jakość, druga, no cóż, zmuszona jest iść na kompromis, ale dzięki temu zdobywa coś niezwykle cennego – mobilność.

Nie oszukujmy się, mobilność nie jest niczym nowym. Wszak pierwsze walkmany pojawiły się już w latach 70-tych, potem zostały wyparte przez odtwarzacze CD, tzw. discmany, a te znowu przez „empetrójki”, „empeczwórki”, wreszcie telefony i smartfony. Postęp… Ale odtwarzacz odtwarzaczem, a jeszcze coś musi ten dźwięk generować. Zazwyczaj przychodzą nam do głowy słuchawki… No właśnie. Czy warto inwestować w słuchawki większą kwotę, jeśli skupiamy się na mobilności?

Oto w moich rękach leży pudło, a w nim wprost od dystrybutora marki, nowe słuchawki Sennheiser HD 660 S. A w tym oto tekście postaram się sam sobie, a może i trochę Wam odpowiedzieć na pytanie: czy warto?

Nota historyczna

Otóż model HD 660 S nawiązuje dość bezpośrednio do wydanego w 1997 roku modelu HD 600. Czyli można powiedzieć, że nowy HD 660 S jest modelem jubileuszowym, jako że ukazuje się na 20-lecie wydania swojego klasycznego poprzednika, a dodatkowo dość bezpośrednio nawiązuje doń wyglądem. Warto dodać, że poprzednik sporo namieszał na rynku, był to bowiem pierwszy model, który pozwolił osiągnąć rewelacyjną jakość, zarezerwowaną dotychczas dla high-endowych modeli za cenę poniżej dwóch tysięcy złotych. Podobna jakość dostępna była dopiero w modelach, których cena wynosiła od pięciu tysięcy wzwyż.

Nota techniczna

Kilka słów o parametrach musi być, bo przecież te definiują przeznaczenie. I tak poprzednik HD 600 miał impedancję na poziomie 300 Ohmów. Nowy model schodzi o połowę – do 150 Ohmów. Co to oznacza? Ano to, że jednak producent wychodzi naprzeciw potrzebom rynku i stworzył słuchawki z myślą o odtwarzaczach przenośnych, generujących mniejszą moc. Przy tym poziomie impedancji spokojnie sobie z nowymi Sennheiserami poradzą. Tym bardziej, że producent dorzuca do zestawu przejściówkę z dużego na małego jacka, jakby chciał potwierdzić swoje intencje…

Nota estetyczna

Jak wspomniałem wyżej, nowy model nawiązuje do klasycznego HD 600. Wyglądają dość skromnie, powiedziałbym, że na tańsze niż są w rzeczywistości. Jednak konstrukcję mają solidną i wygląda na to, że wytrzymają sporo. Konstrukcję mają otwartą, zatem musimy pamiętać o tym jeśli potrzebujemy słuchawek do pracy (w moim wypadku podczas testu raczyłem towarzystwo swoim repertuarem). Dodatkowo warto wspomnieć, że słuchawki są super wygodne, leżą na uchu doskonale i w ogóle nie męczą. Może zaraz po pierwszym nałożeniu wydają się dość mocno przylegać ale to tylko złudzenie. Po kilku minutach zapominasz, że masz je na głowie. Fajną opcją jest też możliwość zdjęcia i wyczyszczenia lub wymiana nauszników. Całość dostarczona w bardzo gustownym i porządnym pudełku.

Testujemy

A zatem już wiadomo, że nowe Sennheisery chcąc nie chcąc trzeba przetestować z urządzeniami mobilnymi. A zatem kolejne etapy testu będą wyglądały następująco:

  1. Smartfon + Spotify
  2. Laptop + youtube / mp3
  3. Wzmacniacz Nikko NA-390II oraz
    1. Odtwarzacz CD Pioneer PD-5030
    2. Gramofon Technics SL-QD33, wkładka Grado Black
  4. Wzmacniacz NAD 3020 oraz
    1. Odtwarzacz CD Marantz 6005
    2. Gramofon Rega Queen

Test mobilny

Na początku warto sprawdzić zastosowanie słuchawek w warunkach, do których producent bądź co bądź je przystosował – urządzenia mobilne. Zatem pierwszy krok – podłączam pod smartfona i wchodzę na Spotify. Na pierwszy rzut ucha wybieram kilka „gęsto” zrealizowanych numerów: Toto „Hold the line”, Temple of the Dog „Say hello to heaven”, Peter Gabriel „Sledgehammer”, Artofficial „Black Birds”.

Od razu rzuca się w uszy jedna rzecz. Brzmienie jest niesamowicie klarowne, selektywne. Każda partia jest słyszalna i rozróżnialna, oczywiście w granicach możliwości cyfry. Nawet gęsty, tłusty bas nie zlewa się i jest bardzo czytelny. Żadne z pasm nie wybija się ponad pozostałe, zatem słuchawki doskonale oddają charakter miksu. Niskie pasmo nie męczy ucha, zaś soprany są jakby lekko przytemperowane i nie kłują w uszy.

Dodatkowo trzeba przyznać, że nowe HD 660 S mają niezwykle muzykalny charakter – nie tylko oferują bardzo równe brzmienie, ale przede wszystkim w bardzo melodyjny sposób oddają choćby wokal, co nie zawsze jest oczywiste. Właśnie partie wokalne w moim przekonaniu brzmią na tych słuchawkach najlepiej, choć w zależności od utworu można wybrać inne pasmo. Faktem jest, że Chris Cornell jeszcze nigdy tak dobrze nie brzmiał z cyfrowego nośnika.

W ogóle słuchając tych nagrań, w większości dość dynamicznych i świetnie zrealizowanych odniosłem wrażenie, że nowe Sennheisery potrafią załatać dziurę między cyfrą, a analogiem, tak jakby nadrabiały niedoskonałości formatów wav i mp3. A już z pewnością czynią, a przynajmniej na ten moment, różnicę między mp3 a CD niezauważalną. Uplastyczniają brzmienie, czynią je niezwykle miękkim i przyjemnym dla ucha, jednocześnie nie pozbawiają, a może nawet uwydatniają dynamikę.

Zatem może warto sprawdzić trochę utworów o mniejszym zagęszczeniu, a także odrobinę klasyki? Wybieram do tego celu: Aram Chaczaturian – Walc z Maskarady, Samuel Barber – Agnus Dei (chóralna aranżacja Addagio for Strings), z nieco innej beczki – Paul Simon – Graceland, Ella Fitzgerald – Misty.

Moje obserwacje potwierdzają się – wokale brzmią spójnie i melodyjnie, partie są czytelne, a pasma wyrównane. Zwłaszcza w przypadku Agnus Dei, gdzie niektóre momenty w partiach sopranów potrafią zakłuć w uszy. W tych słuchawkach nie kłują.

Test mobilny wypadł nader pomyślnie, co rodzi spore nadzieje na rezultat testu stacjonarnego, zwłaszcza w przypadku winyli i porządnego wzmacniacza. Zanim jednak do tego dojdzie posłuchamy kilku „empetrójek” i klipów z Youtube’a na laptopie (w tym wypadku MacBook Pro z 2017r). Świadomie wybieram te same utwory, a i wnioski nasuwają się podobne, dlatego nie będę się w tym miejscu rozpisywał. Jest dobrze!

Test stacjonarny

Już pierwsze dźwięki z płyty CD z bądź co bądź niedrogiego, starego odtwarzacza Pioneer podpiętego do wzmacniacza Nikko pokazały jak bardzo daleko formatom komputerowym do jakości płynącej prosto z płyty. Wybieram te same utwory tych samych artystów i od razu słyszę różnicę, której jednak nie byłem świadom słuchając Spotify. Pierwszy kontakt z muzą z mp3 przyniósł tak dobry efekt, że miałem wrażenie, że to niemal poziom dobrego CD. Oczywiście teraz słyszę, że jednak youtubom i wszelkim źródłom online’owym daleko do tego poziomu, jednak wrażenie jest ciągle pozytywne.

Na odtwarzaczu natomiast wszystko brzmi… jeszcze lepiej. Jeszcze klarowniej, jeszcze melodyjniej, po prostu jeszcze piękniej. Z lekką ostrożnością, ale można powiedzieć, że zbliżamy się do high-endu. Zatem postanawiam od razu przeskoczyć do zestawu NAD + Marantz. Odpalam te same płyty (Gabriel, Temple of the Dog, Toto, Paul Simon). I teraz już słyszę, że ostrożność była zbędna. Brzmienie to zdecydowanie high-end! Nieprawdopodobna klarowność, spójność, bez sztucznego basu i sopranów, wszystko brzmi naturalnie… No właśnie, czy aby na pewno naturalnie? Przecież w naturalnym środowisku crash uderzony pałeczką boli w uszy, podobnie jest z mocno przesterowanymi solówkami. Tu wszystko zdaje się bardziej wyrównane, choć nie za sprawą wąskiego pasma przenoszenia (wszak ono robi wrażenie: 10Hz – 41kHz). Ano taki widać zamysł konstruktora, bo przecież skuteczne oddanie tych wysokich sopranów jest trudne i kosztowne. Sennheiser w nowym modelu postanowił nieco złagodzić górne pasmo, co według mnie wychodzi na plus.

Analog test

I wreszcie wisienka na torcie: czarne płyty, winyle, placki. Ciągle te same utwory, ci sami artyści, dla lepszego porównania. I tutaj już jest absolutne zwycięstwo – zarówno Technics jak i Rega brzmią doskonale. Całość brzmienia zachwyca swoją plastycznością, nasyceniem, przejrzystością. Każdy detal jest słyszalny i można odnieść wrażenie, że ten przekaz jest dokładnie tym co artysta i producent chcieli osiągnąć. „W końcu wiem jak to powinno brzmieć” – taka myśl przychodzi do głowy.

Oczywiście ograniczenia mogą się pojawić, ale raczej zrzucałbym to na sam stan płyty albo tłoczenie. Przy dobrych egzemplarzach, tych grubszych i cięższych, na pomyłkę nie ma miejsca.

Instrument test

Jako muzyk nie potrafiłem odmówić sobie możliwości przetestowania omawianych słuchawek ze wzmacniaczem instrumentalnym oraz pianinem cyfrowym, które posiadam w domu. I okazuje się, że i na tym polu słuchawki sprawdzają się rewelacyjnie. O ile wzmacniacz (Laney A1+ z podłączoną gitarą Garrison i elektroniką Carlos Juan) sam wyposażony jest w specjalnie do tego zaprojektowanym celu o tyle piano (wiekowy już Roland HP900L) głośniki pokładowe raczej ma bo ma, trochę jak konieczność. Samo piano podpięte pod wzmacniacz gra lepiej, toteż i na słuchawkach różnica jest zatrważająca. Ale i w przypadku wzmacniacza Laney A1+ słuchawki sprawdzają się rewelacyjnie, nie przekłamują brzmienia, oddają ten fajny, śpiewny charakter gitary. I choć to może niezgodne z przeznaczeniem, to okazuje się że HD 660 S sprawdzą się świetnie jako np. odsłuch dla pianistów. Otwarta konstrukcja słuchawek pozwoliła mi na ćwiczenie bez zmęczenia przez kila godzin. Odkryłem na nowo brzmienie swojego pianina! 🙂

Czy warto? – Podsumowanie

Nowe słuchawki Sennheiser HD 660 S to znakomita propozycja od niemieckiego producenta. Prezentują się może i skromnie, ale możliwości mają nieocenione. Oferują piękne muzyczne doznania, klarowne ale spójne i harmonijne brzmienie i to niezależnie od nośnika! Nawet słuchając muzyki na Spotify ze smartfona możemy cieszyć naprawdę porządnym brzmieniem do tego stopnia, że możemy zapomnieć, że to jednak cyfra z portalu streamingowego.

Na koniec jeszcze kwestia ceny, trochę celowo przeze mnie nie poruszana. Nowy egzemplarz nabędziemy już za 1799zł. „No nie mało”, powiecie. Ano nie. Pewnie część z Was w tym momencie powie, że wydawanie prawie 2 tysięcy na słuchawki to szaleństwo, albo że przecież „nie jestem aż takim audiofilem”. To zresztą są autentyczne wypowiedzi osób, z którymi na temat nowych HD 660 S rozmawiałem. Stąd pojawia się pytanie czy warto? Otóż moim zdaniem tak, bo w tym momencie jest to chyba jedna z najlepszych propozycji w tej półce cenowej. Powiedziałbym nawet, że dopóki nie posłuchamy czegoś znacznie droższego (jak choćby HD 800, kosztujące prawie 5 tys.) to ma się wrażenie, że już lepiej się nie da. Co więcej, słuchanie mp3, Spotify i innych tego typu nośników już nie jest „przykrą koniecznością” bo i z tego typu źródeł można wykrzesać naprawdę niezłą jakość. Czy zatem 1799PLN to dużo, żeby móc odkryć wiele aspektów muzyki na nowo, nawet w mp3? Moim zdaniem nie.

Stąd płynie prosty wniosek: jeśli nigdy w życiu nie zakadałeś/aś wydania takiej kwoty na słuchawki, to chociaż spróbuj, posłuchaj. Jeśli rozważałeś wydanie np. 500zł to jest o czym myśleć – zależy Ci na jakości, bo pół tysia to nie w kij dmuchał. Rozważ, czy szarpnięcie się na 1800 nie przyniesie Ci o wiele większej radości z obcowania z muzyką.

Jeśli natomiast założyłeś taką możliwość i jesteś gotów przeznaczyć taką kwotę na słuchawki, to Sennheiser HD 660 S będą doskonałym wyborem.

Zalety:

  • Wygodna konstrukcja
  • Klarowne, selektywne brzmienie
  • Czytelny bas i nieprzesadzone soprany
  • Bardzo melodyjny, ekspresyjny charakter wokali
  • Naturalnie brzmiące
  • Potrafią poprawić odbiór muzyki nawet przy słabych nośnikach (mp3)
  • Cena, nie niska, ale w swojej półce – faworyt
  • Sprawdzają się jako np. odsłuch do pianina cyfrowego

Wady:

  • Nie dla osób lubiących podkręcone brzmienie, silny bas (choć moim zdaniem to zaleta)
  • Cena – no można taniej, ale niekoniecznie lepiej

Więcej szczegółów:
Producent: www.sennheiser.pl
Dystrybutor: www.aplauzaudio.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here