Rozważania na temat muzyki, w sensie słyszalnej dla naszych uszu fali dźwiękowej, nie mają  i nie będą miały końca.
Zapominając na tę chwilę o gustach i nie oceniając artystycznego dorobku takich czy innych muzyków, pozostanie po wsze czasy żywym temat jakości odtwarzanego dzieła.

Jakość w muzyce, wbrew pozorom, towarzyszy nam od zarania dziejów.
Już tacy geniusze jak Mozart, Beethoven czy Strauss kontemplowali nad swoimi dziełami, bacząc na miejsca, w których miały mieć swoje premiery.
Czym innym jest przecież wystawienie dzieła operowego w teatrze, a czym innym w świątyni.
Nie idźmy jednak tak daleko w przeszłość.

john cage, paris 1981
John Cage, Paris 1981

Słynny, a przynajmniej dla wielu, John Cage.
Kompozytor muzyki współczesnej.
Kontrowersyjny nie tylko dlatego jakim był człowiekiem ale i, a może przede wszystkim, z powodów swej twórczości.
Jego utwór noszący tytuł 4’ 33” (4 minuty, 33 sekundy) na instrument dowolny, odnosił się do ciszy.
Złożony z trzech części zwanych w partyturze tacetami, przez cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy raczył nas ciszą.
Ale czy na pewno?
Jednym z jego najsłynniejszych wykonań było to w Central Park.
Po kilkunastu sekundach, widownia była dość mocno zirytowana.
Nie wiedziała, czy to żart, czy może strajk muzyków, którzy nie raczyli nawet unieść swych smyczków, klarnetów i innych instrumentów.
Chrząkania, pomrukiwania i głębokie westchnienia niezadowolonej początkowo publiczności zdawały się być jedynie preludium do awantury, która chwilę po zakończeniu utworu miała zbesztać organizatorów.
Muzyką okazała się jednak nie tyle cisza, co świat otaczający słuchaczy.
Zgiełk miasta, śpiewające ptaki, bawiące się w oddali dzieci i fontanna, nadająca wyrazu temu, co słuchacze zastali w nowojorskim Central Park, były tylko częścią „partytury”.
Wszelkie wokalne gesty niezadowolenia równie dobrze wpisały się w krajobraz dzieła, co stanowiło jego nieodłączną całość.
Zatem efektowny plan, skrupulatnie przemyślany przez kompozytora, został w pełni osiągnięty.
Zapewne domyślacie się, że po czterech minutach i trzydziestu trzech sekundach, rozległy się oklaski.
Awantura zaś, wisząca niczym siekiera nad dyrygentem, nie nastała.
Była jednak nierozerwalnym elementem ogromnej dawki emocji, towarzyszących wykonaniu owego dzieła.

Tyle tytułem wstępu.

girl-with-headphones-157087

Czym zatem szokować i zachęcać do wysłuchania współczesnych dzieł tzw. muzyki popularnej?
Czy jesteśmy skłonni stworzyć coś innego niż „cisza” Johna Cage’a?

Współczesny świat, a raczej ludzie kreujący naszą rzeczywistość, zadecydowali za nas w bardzo wielu dziedzinach życia.
Muzyka, niczym w czasach zimnej wojny, poszła w kompletnie niezrozumiałą dla wielu stronę…
W stronę jakości i technologicznego bełkotu, który rozumie zaledwie odsetek całej populacji Homo Sapiens.
Muzyka, w rozumieniu fizycznym, zaczęła przybierać cyfry zamiast nut.
Teraz nikt nie pyta, jaka kadencja kończy najnowsze dzieło artystki o pseudonimie Rihanna.
Idąc do sklepu, czyli siadając de facto do komputera, zakładamy na łepetyny słuchawki i wsłuchujemy się w częstotliwości.
Nie słyszymy poszczególnych fraz, instrumentalnych popisów czy wokalnych arcydzieł.
Słyszymy jednolitą papkę basowych sycząco-wypierdzianych (wybaczcie) dźwięków, które fakt, składają się w całość niosąc za sobą systematyczny „dur-moll”, ale w gruncie rzeczy, o jego dziele stanowi JAKOŚĆ!

I o jakości tak naprawdę przez cały czas do was piszę, drodzy muzycy, słuchacze i odwiedzający z przypadku nasz portal obywatele.

Hi-Res Audio – termin, który najchętniej granatem oderwałbym od muzyki.

Skupia on jednak, i chyba prawidłowo, uwagę na równie ważnym elemencie, jakim jest właśnie jakość.
To ohydne logo – w kształcie szarfy, niczym przypiętej do osobnika na wystawie psów rasowych, daje nam znać, że utwory, które właśnie zamierzasz kupić, zabrzmią naprawdę dobrze.
A już na pewno lepiej niż te, które mielisz w swoim staroświeckim odtwarzaczu, na swoich staroświeckich płytach CD, nagranych w częstotliwości – ZALEDWIE 44.1 kHz (!!!)

Jest jednak drobna niespodzianka.
Faktem jest, że gdy planujemy zakup płyty CD, chcemy mieć nagranie jak najlepszej jakości.
Jest to tak oczywiste jak to, że pragniemy kupić ziemniaki w wersji wegetariańskiej, aniżeli z dodatkiem pełzających pomiędzy nimi białymi robaczkami.

Owa niespodzianka to możliwość zakupu płyty CD w wersji 24-bitowej.
Wiedzieliście o tym?
Zatem, gdy następnym razem zapragniecie poszerzyć swoją bibliotekę płytową o kolejny krążek, może rozejrzyjcie się ze tym samym tytułem w wersji dla bardziej wymagających.

Wersje 24-bitowe naprawdę nie odbiegają od plików Hi-Res Audio.
Jednak ograniczający miejsce czytnik w postaci fizycznej płyty (CD), wydaje się być dla wielu rzeczywiście swoistym „passe”.

xray_texture2551

Czy zatem CD jeszcze żyje?
Czy muzyka Hi-Res to muzyka, czy rząd cyferek z muzyką absolutnie nie związany?

W erze dobrodziejstw technologicznych chyba trudno się dziwić, że ludzkość pragnie żyć łatwiej.
Mamy dość codziennego pędu za pracą i pieniędzmi.
Po całym dniu, najchętniej mrugnęlibyśmy lewą powieką – ewentualnie – by nasz odtwarzacz magicznie włączył ukochaną płytę – upsss, przepraszam – plik.
Prawą powieką moglibyśmy przewinąć utwór na następny, a skinieniem palucha w prawym kapciu zmienilibyśmy album na następny.

Zupełnie inaczej jest z odtwarzaniem płyt.
Bo nawet jeśli zaopatrzyliśmy się w sprzęt wielopłytowy, to i tak pozostaje jeszcze kwestia ergonomii i wciąż jakości nagrania.

Jak jest zatem ze wznowieniami?
Czy kupując stary album w formie pliku, kupujemy tą samą jakość utworów wydaną dziesiątki lat temu na płycie?
Otóż nie.
Remastering to również zdecydowana poprawa jakości nagrania.
Zatem, gdy kupię wznowienie pierwszej płyty zespołu Metallica, to mogę być pewny, że kupię coś o niebo przyjemniejszego do słuchania, aniżeli to, czego słuchałem na zniszczonych przez te lata krążkach.

Odpowiedzialne za to są różnego rodzaju przetworniki i narzędzia.
Więc wybaczcie proszę, ale nie będę się wdawał tym razem w technologiczną rozprawę, wykorzystując pojęcia o magicznych skrótach (DAC, PCM, DSD, itp.)

CD gorsze od Hi-Res

Czy to prawda?
Wymiącham wam teraz mózgi.
Posypię solą, zamerdam raz w lewo, raz w prawo.
A później przyklepię tak, byście przeczytali ten artykuł raz jeszcze, zastanawiając się:
„Co ten koleś za bzdury wypisuje?!”

Odpowiem więc…
NIE!
CD nie jest gorsze od Hi-Res!
Co więcej, jest takie samo – choć nie zawsze.

Problem w tym, że streaming muzyki zatarł niemalże kompletnie granicę pomiędzy tym, co mamy na swych domowych półkach, a tym co znajdziemy w wirtualnych szafach z milionami plików w wersji Hi-Res Audio.

Dlaczego?
To proste.
Przy użyciu narzędzi streamingowych może i nie remasteringujemy starych albumów w czasie rzeczywistym, ale przepuszczamy je przez tak zaawansowane narzędzia, że dla zwykłego zjadacza chleba, słyszącego w zakresie słyszalnych fal dźwiękowych przez organizm ludzki, różnice są niemal niesłyszalne.
Zapewne jedynie mocno wprawione uszy są w stanie w jakimś niewielkim procencie przypadków ocenić, czy jest to tylko streaming, czy to już zremasteringowany plik Hi-Res.

Śmiem jednak twierdzić, że tak zwany „słyszący inaczej” człek, dużo intensywniej zastanawia się nad kwotami wydanymi na sprzęt audiofilski, czując nieodpartą potrzebę dyskryminowania wszystkich plików bez logo Hi-Res na początku.

Muzyka niech zatem pozostanie żywa w takiej czy innej formie.
Niech nas pociąga, oślepia i degeneruje.
Niech będzie seksowna i niepohamowana.
I nieważne, czy podszyta matematycznym systemem liczbowym, czy kunsztem artysty.
…bo przecież mamy dyskutować na temat jakości muzyki po wsze czasy – prawda?

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here